Kolejne ataki terrorystyczne, we Francji i Niemczech, czy wcześniejszy w Turcji przypomniały mi pewną rozmowę z marca bieżącego roku, bezpośrednio po atakach w Brukseli. Rozmawialiśmy w redakcji z Hubertem, stażystą, studiującym w Holandii, który na moją uwagę, że nie rozumiem, dlaczego radykalny islam zdecydował się na falę ataków już teraz, zamiast poczekać, aż osiągnie wyraźną przewagę, odpowiedział wprost: "bo oni już uważają, że mają przewagę, że są gotowi". Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że Hubert, obserwując na co dzień sytuację w krajach Beneluksu, miał rację.

REKLAMA

Oczywiście kluczowe znaczenie ma nie tyle samo przekonanie ekstremistów, że mają przewagę i mogą z nami wygrać, ile faktyczna, realna ocena układu sił. Chcę wierzyć, że tu przewaga jest wciąż po naszej stronie i wystarczy nam rozsądku i determinacji, by tej przewagi nie stracić. Piszę "my", bo uważam, że problem dotyczy całej Unii Europejskiej i całego NATO. Wszystkie kraje, szanując swoją odmienność i suwerenność powinny się do rozwiązania tego problemu przyczyniać. Choć oczywiście nie wszystkie miały równy udział w jego wywołaniu.

Trudno w tej chwili nie zakładać, że ISIS zainfekował już swoją obłąkaną ideologią na tyle wielu, mieszkających w Europie, muzułmanów, że nawet bez jego bezpośredniego wsparcia ataki terrorystyczne będą się zdarzać coraz częściej. Dlatego rację mają ci, którzy wskazują, że dotychczasowe metody reagowania krajów zachodu, te spod znaku "kolorowych kredek", musza się zmienić. Krytyka tych metod, nawoływanie do zaostrzenia kursu wobec wszelkich przejawów ekstremizmu, wskazywanie na możliwe inne, niepoprawne politycznie przyczyny nie jest przy tym dowodem braku empatii wobec ofiar, ale czymś dokładnie przeciwnym. W śmierci niewinnych ofiar na deptaku w Nicei będziemy w stanie znaleźć jakikolwiek sens tylko wtedy, jeśli w realny sposób przyczyni się do otrzeźwienia Europy.

Nie chce powtarzać już tego, co pisałem na ten temat wcześniej, tym razem chcę zwrócić uwagę na nowe okoliczności. Chodzi mi o coraz częstsze przypadki działania pojedynczych zamachowców, używających do aktów terroru już nie broni i materiałów wybuchowych, ale sprzętów niemal codziennego użytku. Nie możemy wykluczyć, że zdolnych do ataków, nożem, siekierą, czy samochodem ludzi są obecnie w Europie setki, tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy. W opublikowanym dziś raporcie na ten temat Europol zwraca uwagę, że źródłem ich przemocy nie musi być tylko obłąkana ideologia, mogą być też zaburzenia czysto psychiczne. Jestem w stanie w to nawet uwierzyć, bo trzeba być poważnie zaburzonym, by zabijać niewinnych ludzi bez powodu i próbować to dowolną ideologią tłumaczyć, ale w praktyce ma to drugorzędne znaczenie. Zapalnikiem jest nienawiść do "niewiernych", a więc nienawiść do nas.

Tę nienawiść budowano długo i długo jeszcze z nami pozostanie. Tym bardziej, że żadnego prostego sposobu wyjścia z sytuacji na horyzoncie nie widać. Zachód nie może zrezygnować z działań przeciwko Państwu Islamskiemu, nie możemy więc liczyć, że presja ze strony jego propagandy w jakiejś dającej się przewidzieć przyszłości ustanie. Wręcz przeciwnie.

Jeśli chcemy choćby opanować zagrożenie, musimy zacząć działać poważnie, stanowczo i konsekwentnie. Siły bezpieczeństwa i wojsko muszą mieć przy tym poparcie większości społeczeństw i świadomość, czego dokładnie się od nich oczekuje. By zdecydować, co robić, musimy wreszcie, jako społeczeństwa serio ze sobą porozmawiać. Nie da się już dłużej tracić czasu na jałowe okładanie się cepem, wymyślanie sobie nawzajem od islamofobów, albo naiwnych idiotów. Rozpaczliwe trzymanie się politycznej poprawności z jednej i okrzyki "a nie mówiłem" z drugiej strony, nic nam nie dadzą. Czas na bicie piany się skończył. Przedwczoraj.