Finalizująca się w tych dniach sprawa agenta Bolka i jego związków z powszechnie znanym twórcą naszej wolności Lechem Wałęsą może mieć istotne znaczenie dla polskiej historii. Może nam pomóc zrozumieć przeszłość i zbudować przyszłość na normalniejszych, niż dotąd zasadach. Na przykład na… prawdzie. Niestety, ta możliwość jest wciąż tylko hipotetyczna i krucha. Od nas samych zależy, czy ją wykorzystamy. Mam wrażenie, że od tych, którzy w żadnego Bolka i „archiwa generałów” dotąd nie wierzyli, zależy nawet bardziej.

REKLAMA

O samym Lechu Wałęsie napisano w ciągu ostatniego tygodnia bardzo wiele. Mimo głośnego wciąż chóru obrońców widać, że były prezydent, jako on sam, nie ma już dziś wielu sojuszników. Ci którzy zaciekle go bronią, odwracając kota ogonem na wszystkie możliwe strony, bronią już tylko siebie i reprezentowanej przez nich samych narracji o polskiej rzeczywistości. Narracji, która na naszych oczach rozłazi się w szwach. Na zdrowy rozum wiadomo było od dawna, że wizja okrągłego stołu jako spotkania bohaterów i ludzi honoru, którzy razem, ręka w rękę, dali nieświadomej i biernej reszcie wolność, nie da się utrzymać. Choćby z tego względu, że jeśli ci drudzy byli faktycznie ludźmi honoru, to ci pierwsi nie musieli być takimi bohaterami, za jakich ich uważaliśmy. Owszem, można jeszcze twierdzić, że opozycjoniści byli bohaterami, bo walczyli z reżimem zanim jeszcze przekonali się, że tworzą go ludzie honoru, ale bez przesady. To po prostu nie przejdzie.

Ja osobiście jestem wciąż przekonany o bohaterstwie wielu, często anonimowych ludzi, którzy aktywnie oparli się systemowi tworzonemu przez ludzi podłych i zbrodniarzy. Przy czym niektórzy z tych drugich byli zapewne tylko podli, niektórzy byli jednak też zbrodniarzami. Niestety część owych bohaterów dała się potem przekonać, że muszą w oczach narodu tych podłych i tych zbrodniarzy uwiarygodnić, wybielić i przenieść w nowe demokratyczne czasy. Niektórzy zapewne zrobili to z dobrej woli, niektórzy zapewne pod wpływem haków, które na nich zgromadzono. Nie wiem, których było więcej, czy naiwnych, czy zastraszonych. Nadal chcę wierzyć, że dominowali naiwni. Choć to też naiwne. Być może wkrótce dowiemy się na ten temat nieco więcej.

To, że brak lustracji i sprawiedliwego osądzenia win zaciąży na naszej historii można było przewidywać już przy okrągłym stole. Dla wielu z nas było na to wtedy jednak jeszcze za wcześnie. Dla mnie osobiście pierwszy znak zapytania pojawił się po pamiętnym "pacta sunt servanda" Bronisława Geremka, parę dni po 4. czerwca. Ostatecznym jednak sygnałem dla tych, którzy nie chcieli być ślepi musiała być pamiętna "noc teczek". Gdyby wtedy Lech Wałęsa się przyznał, miałby szansę zachować szacunek, na który w latach 80 zapracował. Niestety podjął wtedy inną decyzję i od tej pory niestety praktycznie niczego dobrego powiedzieć o nim już nie można.

Dla polskiej historii istotniejsze jest jednak tak naprawdę co innego. To, że na tamtym jego zaprzeczeniu zbudowano cały mechanizm życia publicznego, na dziesięciolecia dzieląc Polaków na zwalczające się plemiona. W 1992 roku, ci którzy od wojny na górze nie cierpieli Wałęsy, pogardzali nim i odsadzali od czci i wiary kolejny raz uznali, że jednak mogą go wykorzystać. I z lepszym lub gorszym skutkiem wykorzystywali - przy pełnej akceptacji zainteresowanego - do dziś. Tymczasem pamiętne zdjęcia z Wałęsą, które bezsprzecznie pomogły w osiągnięciu 4. czerwca wyborczego zwycięstwa opozycji były w praktyce ostatnim momentem, kiedy on sam faktycznie Polaków jednoczył. Potem już tylko dzielił. Ostatni tydzień, najnowsze komentarze obu stron sporu pokazują, jak bardzo.

I tu chyba mam największy związany z całą historią żal. O to, że dla ukrycia prawdy, o której rzekomo wszyscy wiedzieli, dla zamaskowania magdalenkowych umów szykanowano odważnych ludzi, którzy o przeszłości Bolka mówili, a znaczącą część obywateli wypychano poza nawias życia publicznego. Przeciętni Polacy nigdy nikomu nie dali przyzwolenia na uwłaszczenie nomenklatury, na resortowe ścieżki kariery, na pozostawienie bez zmian wymiaru sprawiedliwości. Polacy nigdy świadomie nie godzili się na to wszystko co sprawiło, że przez to całe ćwierćwiecze byli w naszym własnym kraju równi i równiejsi, że całe rzesze sprzeciwiających się symbolicznie rozumianej "grubej kresce" konsekwentnie wyśmiewano i próbowano marginalizować.

Dziś wiadomo już, że - w pewnym uproszczeniu - III RP była i jest nadal republiką hakową, że człowiek honoru żadnym człowiekiem honoru (nawet według standardów III RP) nie był, że bohater podpisał więcej, niż tylko "cośtam". W skrócie mówiąc wiadomo, że wciskano nam wszystkim ciemnotę. Nie wiem, jakim cudem tak wielu z nas mogło tego wcześniej nie widzieć, ale trudno, tak było. Teraz jednak każdy z nas zrobi z tą wiedzą, co będzie uważał. Obrońcy III RP mogą odwracać kota ogonem nadal, w jeszcze boleśniejszy dla zdrowego rozsądku sposób. Można trzymać się tej linii za wszelką cenę. Można ją porzucić. Można brnąć wbrew oczywistym faktom w dalszy, coraz ostrzejszy konflikt. Można spróbować wyrwać się z tej pętli. Dla dobra wspólnego. Pora zobaczyć to, co od dawna widoczne. Najwyższy czas.