Niezwykłe wydarzenia minionego tygodnia ożywiły znów w niektórych kręgach dyskusję na temat zbliżającego się końca świata. Jednak to nie zaskakujące ustąpienie papieża Benedykta XVI, czy wybuch meteoru nad Czelabińskiem mogą rzeczywiście świadczyć o tym, że nasze istnienie nie będzie trwało w nieskończoność. Przekonuje o tym ogłoszone znacznie wcześniej odkrycie "boskiej cząstki", bozonu Higgsa, a dokładnie masa, jaką udało się tej tajemniczej cząstce przypisać.

REKLAMA

Ta odważna interpretacja danych dotyczących cząstki Higgsa, odpowiedzialnej za to, że wszystkie inne cząstki mają masę, padła w poniedziałek w Bostonie podczas dorocznego zjazdu American Association for the Advancement of Science. Jak donosi portal livescience.com sformułował ją fizyk teoretyk Joseph Lykken z Fermi National Accelerator Laboratory w Batavii, który uczestniczy też w pracach jednego z eksperymentów prowadzonych na Wielkim Zderzaczu Hadronów (LHC) w laboratoriach CERN w Genewie. To stamtąd nadeszły w lipcu ubiegłego roku sensacyjne doniesienia, że cząstkę, której istnienie teoretycy postulowali od kilkudziesięciu lat, udało się wreszcie "zobaczyć".

Zdaniem Lykkena to właśnie masa cząstki odkrytej w LHC w minionym roku i uważanej obecnie za prawdopodobny bozon Higgsa może być istotnym elementem obliczeń, które określą przyszłość czasu i przestrzeni naszego Wszechświata. I te obliczenia zwiastują, że jego los jest przesądzony. Jeśli prawdą jest, że masa tej cząstki wynosi około 126 Gev (a w tej chwili wszystko na to wskazuje), nasz wszechświat nie jest stabilny i pewnego dnia po prostu się rozpadnie.

Co ciekawe, fizycy utrzymują, że gdyby masa prawdopodobnego bozonu Higgsa różniła się od tej zmierzonej zaledwie o kilka procent, wszechświat - a my wraz z nim - moglibyśmy być o przyszłość spokojni. Wyraźnie jednak natura chciała inaczej. Na pocieszenie Lykken przekonuje, że ewentualny koniec świata może nastąpić za miliardy lat, a nawet, gdyby doszło do niego wcześniej, to i tak przyjdzie z prędkością światła i właściwie niczego nie zdążymy zauważyć.

Poruszających wieści o wszechświecie możemy w najbliższych tygodniach oczekiwać więcej. Podczas tego samego zjazdu AAAS ogłoszono, że w ciągu kilkunastu dni pojawią się nowe informacje dotyczące poszukiwań tak zwanej ciemnej materii. Będą to pierwsze wyniki badań przeprowadzonych z pomocą aparatury AMS-02 (Alpha Magnetic Spectrometer), wartego dwa miliardy dolarów detektora cząstek, zamontowanego na zewnątrz Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Autor programu AMS, laureat nagrody Nobla Samuel Ting z Massachusetts Institute of Technology zapowiedział publikację pracy, która rzuci na ciemną materię nowe światło, choć wszystkich wątpliwości raczej nie rozwieje.

Ciemna materia, prawdopodobnie nawet sześciokrotnie bardziej powszechna we Wszechświecie od tej zwykłej, to część materii, której nie widzimy, która manifestuje jednak swe istnienie z pomocą oddziaływania grawitacyjnego. Eksperyment AMS-02 miał sprawdzić jedną z dotyczących jej teorii, przewidującą, że rozpad cząstek ciemnej materii prowadzi do emisji elektronów i pozytonów. AMS-02 zarejestrował już blisko 8 miliardów tych cząstek, wkrótce dowiemy się, czy rozkład ich energii potwierdzi teoretyczne przewidywania.

Ciemnej materii nie należy oczywiście mylić z ciemną masą. Każdy z nas dokładnie wie, że ciemna masa istnieje, umiemy też dość precyzyjnie znaleźć ją... na przeciwnym biegunie naszych politycznych, czy światopoglądowych przekonań. Nasza wiedza w sprawie ciemnej masy poszerza się w sposób ciągły, choć czasem zdarzają się chwile szczególne. Nie sposób przewidzieć, czy w najbliższych tygodniach nastąpi tu jakiś przełom, ale marzec i tak z różnych względów zapowiada się naprawdę ciekawie.