"Naszej kadrze brakuje stabilności. W każdym meczu gra w innym składzie, więc zawodnikom nie jest łatwo szybko się zgrać. Zanim to zrobią, to albo bramki zdążą uciec, albo trzeba czekać pół godziny, tak jak z San Marino" - mówi dziennikarzowi RMF FM Maciejowi Jermakowowi były selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Engel. O pięciu meczach, które zostały Polakom do końca eliminacji MŚ 2014, mówi krótko: "My już nie mamy wyboru. W każdym meczu trzeba grać o zwycięstwo".

REKLAMA

Zobacz również:
Maciej Jermakow: Według pana, to był niezły mecz, jak stwierdził trener Fornalik?

Jerzy Engel: Nie chodzi o niezły mecz, bo żeby mieć niezły mecz, potrzebne są dwa zespoły, które nieźle grają. To był mecz, który trzeba było wygrać, wygrać w miarę przekonująco. I ten cel został zrealizowany.

Jakieś wnioski możemy po tym spotkaniu wyciągać czy przeciwnik był na tyle słaby, że to w zasadzie nie ma sensu?

Nie ma - właśnie z tego względu, że graliśmy ze słabiutkim przeciwnikiem. To jeden z najsłabszych przeciwników w Europie, wszyscy zdobędą punkty na tym przeciwniku.

A wariant z dwoma napastnikami? W meczu ze słabym rywalem mogliśmy go przetestować, ale chyba nie do końca się sprawdził. Arkadiusz Milik był praktycznie niewidoczny.

Ja mam akurat inne zdanie, ponieważ moja filozofia futbolu jest taka, że grywam z dwoma napastnikami przede wszystkim, ale w zupełnie innych ustawieniach. Dlatego nie zgadzam się z tego typu teorią i twierdzę, że polski futbol stać na to, żeby grać dwoma napastnikami, a nie jednym. Największe sukcesy polska reprezentacja odnosiła zwykle wtedy, kiedy było nas stać na to, żeby wystawić w ataku dwóch napastników, a nie jednego, bo my takiego typowego snajpera, środkowego napastnika w Polsce nie mamy.

A stawiałby pan bardziej na duet Lewandowski - Milik czy Lewandowski - Teodorczyk?

To zostawiam już selekcjonerowi. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, na kogo ja bym postawił.

Jeśli mówimy o selekcjonerze... Czy pana zdaniem, w takim momencie gry reprezentacji, w takim momencie eliminacji MŚ, kiedy mamy do końca jeszcze pięć spotkań i wiele może się wydarzyć, zmiana selekcjonera byłaby dobrym wyjściem?

Zmiana trenera w trakcie rozgrywek nigdy nie jest dobrym wyjściem. Także w tej chwili jest jeszcze szansa matematyczna na to, że możemy awansować. Możliwe, że ten mecz z San Marino będzie takim odbiciem się reprezentacji i doda wiary w to, że punkty można zawsze zdobywać - tylko trzeba w to wierzyć, nawet w momencie, kiedy ta poprzeczka awansu zawędrowała bardzo wysoko. Te punkty trzeba będzie odrabiać w tej chwili w meczach wyjazdowych, które będą na pewno trudniejsze niż te u siebie.

Na co by pan zwrócił uwagę przede wszystkim tym, którzy nie do końca z futbolem są za pan brat? Czego brakuje naszej reprezentacji, by choćby w meczu z Ukrainą czy w meczu z San Marino grać jeszcze lepiej, grać jeszcze bardziej widowiskowo, tak by kibice na Stadionie Narodowym nie musieli po prostu wygwizdywać naszych, bo to było dosyć przykre?

Było przykre.

Gdybym jednym słowem miał określić, czego brakuje naszej reprezentacji, to powiedziałbym, że właściwie stabilności. Drużyna gra w każdym meczu w innym składzie, w związku z tym nie jest łatwo zawodnikom szybko zgrać się w trakcie meczu. Zanim to zrobią, to albo bramki już uciekną, albo trzeba czekać tak jak z San Marino przez pół godziny.

Szanse na awans są już tylko matematyczne czy ta wiara w realny awans jeszcze gdzieś się tam tli?

Szanse na awans są matematyczne, a ponieważ są matematyczne, to i wiara musi się tlić. Tak że trzeba wierzyć w tę drużynę. Myślę, że takim najbardziej pozytywnym elementem jest to, że na taki mecz jak z San Marino przyszło ponad 43 tysiące kibiców. I to jest właśnie odpowiedź dla wszystkich niedowiarków: że kibice dalej wierzą, że kibice są z tą reprezentacją, że kibice kochają tę reprezentację. Bo dawniej nie zdarzały się sytuacje, żeby na mecz z San Marino przyszło tak wiele osób. A gdyby mecz z Ukrainą był zwycięski, to wyobrażam sobie, że na wczoraj na pewno zabrakłoby biletów. To pokazuje, że wiara kibica w tę reprezentację dalej jest i trzeba to wykorzystać.

Zgadza się, ale z drugiej strony nie przypominam sobie, żeby kilka lat temu przy stanie 5:0 dla naszej reprezentacji można było usłyszeć gwizdy i momentami szydercze oklaski pod adresem naszych chłopaków.

Tak, ale to wszystko było efektem nieudanego meczu z Ukrainą, ponieważ tamten mecz był dla nas kluczowy, zresztą dla Ukraińców podobnie. Każda drużyna gra czasem mecze, których nie wolno przegrać, i ten z Ukrainą był jednym z tych, których przegrać nie było wolno.

Myśli pan, że które z tych jesiennych spotkań może być kluczowe? Zakładamy, że z Mołdawią nam się uda. Czarnogóra, Anglia, Ukraina - najlepiej byłoby wygrać wszystkie trzy, ale w kim pan upatruje głównego rywala do awansu?

Ale dobrze pan powiedział, panie redaktorze: my już nie mamy wyboru. Wybór mieliśmy jeszcze przed meczem z Ukrainą. Nawet po meczu z Anglią troszeczkę zachwiała się nam sytuacja punktowa, bo liczyliśmy na trzy punkty u siebie z Anglikami, myśląc o awansie z pierwszego miejsca. Natomiast strata dwóch punktów z Anglią u siebie, strata trzech punktów z Ukrainą u siebie - a to są najpoważniejsi, oprócz Czarnogóry jeszcze, kandydaci do awansu - powoduje, że każdy mecz już do końca jest tak samo ważny. Nie ma mniej czy bardziej ważnych meczów. W każdym meczu trzeba grać o zwycięstwo.