Zacznę od końca. Od słów osoby, która samookaleczanie ma za sobą. Zacznę od jej apelu do rodziców: "Pamiętajcie, że warto jest być blisko z własnym dzieckiem. Warto pomyśleć, zanim obarczy się je jakimś problemem, któremu nie jest w stanie sprostać. Warto widzieć w tym dziecku człowieka i otworzyć się na rozmowę z nim..." Niech te słowa towarzyszą Wam nie tylko w trakcie czytania tego tekstu, także wtedy, gdy zgaśnie ekran komputera.

REKLAMA

W roku 2012 (to ostatnie pełne statystyki, za rok poprzedni dopiero są tworzone) 434 razy ktoś zadzwonił pod numer 116 111 (numer telefonu zaufania) i mówi: samookaleczam się. Na to nie ma pigułki. Tego nie da się wyleczyć od ręki. To się nie rodzi z dnia na dzień. To najpierw bardzo długo boli, a potem spływa krwią.

Na ramieniu mam pamiątkę z młodzieńczych lat. Przypomina mi o tym, co straciłam, o tym czego się nauczyłam i o tym, ile jeszcze przede mną. Nie chciałam zwrócić na siebie uwagi. Nie była to wina rodziców. Po prostu... ten jeden raz w życiu chciałam wypuścić ból, który miałam w środku. Problem jest taki, że rany na sercu nie widać. Czujesz jak boli, ale nie możesz tego uleczyć. Nacięcie na ręce jest rzeczywiste, dla mnie odzwierciedliło to co było w środku. Popłynęła kropla krwi, rana zaczęła się goić, wygoiła się i została blizna. Po to, by pamiętać i nic więcej. Rodzicom powiedziałam, że kot mnie podrapał... Napisała PAMIĘTAM

CO?

Samookaleczanie, umyślne uszkodzenie własnego ciała to, jak mówi Ania (to fikcyjne imię), przeniesienie bólu wewnętrznego na zewnętrzny, żeby go łatwiej przerobić, znieść, poradzić sobie z nim. Psychologowie, psychiatrzy mówią, że to przynosi chwilową ulgę, daje ujście wielkiemu napięciu, które gromadzi się w ciele.

KTO?

Jednym słowem? KAŻDY. Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, kto jest w strefie rażenia. Według Ryszarda Izdebskiego z Krakowskiego Instytutu Psychoterapii, w zasadzie każdy jest się gotów w to wkręcić, nie można tego zaszufladkować i powiedzieć, że to wyłącznie kultura dresa albo punka. Częściej jednak samookaleczają się dziewczyny niż chłopcy. Najczęściej nastolatki. Ale podkreślam, NIE TYLKO...

Na naszej stronie, Mka napisał tak: Nikt nawet nie pomyśli, że dzieciak może z tego NIE WYROSNĄĆ. Znam wiele przypadków trzydziestoparolatków, którzy nadal się okaleczają, bo za dzieciaka nikt nie pomógł im i nie nauczył rozmawiać o swoich problemach.

DLACZEGO?

Powodów może być milion. Samookaleczaniu częściej moglibyśmy zapobiegać, gdybyśmy rozmawiali z naszymi dziećmi. Gubimy je gdzieś po drodze. Zatrzymujemy się na etapie "dziecko" i nie zauważamy, że w pokoju obok nas zamyka się nastolatek, z którym nie mamy już wspólnych tematów.

Dwa dni temu wezwano mnie do szkoły, bo 11-letni syn wbijał sobie cyrkiel w żyły... uwierzcie... to może być szokiem dla rodzica. Jednocześnie uświadomiło mi to, że jest jakiś kłopot, o którym dziecko nie mówi... Napisała słuchaczka STROSKANA

Jak opowiada Lucyna Kicińska, koordynatorka programu Fundacji Dzieci Niczyje Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży każdego dnia numer 116 111 jest odbierany 600 razy. Niestety jest tak, że przestaliśmy słuchać naszych dzieci, ale też przestaliśmy z nimi rozmawiać, to znaczy oszukujemy się, że skoro dziecko nie przychodzi do mnie z problemem, to znaczy, że nie ma problemów. To jest iluzoryczne i niebezpieczne. Ja pracuję i z dziećmi i z rodzicami. Dzieci mi mówią, że nigdy nie usłyszały, że mogą przyjść i powiedzieć o problemie. A jak rozmawiam z mamą/tatą i się pytam czy to zrobił/zrobiła, mówią: nie, to jest oczywiste, że można do nas przyjść. Dla rodzica to jest oczywiste, a dla dziecka to jest szalenie blokujące, bo nie usłyszałem, że mogę przyjść; rodzice mają swoje problemy...

JAK POMÓC?

Rodzic musi się wykazać celnością sapera, delikatnością baletnicy i cierpliwością filozofów, bo jak powiedział mi Ryszard Izdebski zbyt natrętne prześwietlanie naszych dzieci może wywołać reakcję odwrotną do zamierzonej. Jeżeli dziecko już się okalecza, to może to robić z jeszcze większą intensywnością. Jak w takim razie reagować? Już chyba wiecie. Rozmową. Już samo nazwanie czynności, nieużywanie eufemizmów sprawi, że gdzieś w głowie może przeskoczy pstryczek i uświadomi nam, że robimy krzywdę, krzywdę, z której na dłuższą metę nic nie wynika. Czasami pomóc może urealnienie konsekwencji samookalecznia: pamiętaj, że kiedyś Twoja dziewczyna, Twój chłopak, Twoje dziecko zapytają: co to? I jak wtedy wytłumaczysz im blizny? Czasem pomaga zmiana perspektywy, mówienie: wiesz, że kaleczysz moje dziecko? A czasami bez wizyty u specjalisty nie ruszymy z miejsca.

POROZMAWIAJMY

Martwi mnie to, że coraz częściej wokół mnie słychać rozmowy o samookaleczeniu. Wcale nie z powodu depresji. Wcale nie z powodu molestowania w dzieciństwie. Wcale nie przez destrukcyjnych rodziców, ale dlatego, że to modne. Że można zaistnieć w grupie... Tyle się teraz mówi o Justinie Bieberze... Idol. Zjawisko społeczne. Powód szczęścia i nieszczęścia...

116 111 to jest numer, który działa też w innych krajach Unii Europejskiej. Wymieniamy się wiedzą i doświadczeniami. Głośna była taka historia, kiedy Justin Bieber został przyłapany przez paparazzi na paleniu marihuany. Wtedy ktoś wymyślił akcję: będziemy się samookaleczać, tylko po to, żeby media i paparazzi przestali śledzić Biebera. Może się to wydawać dziwnym pomysłem, ale kupionym przez nastolatków. Kilka osób zmarło, dlatego że tak głęboko się okaleczali. Oni nie mieli myśli samobójczych, nie robili tego, bo mieli swój problem. Robili to, bo chcieli zaszantażować świat i w ten sposób dzieciaki traciły życie w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych. Do Polski ta moda nie dotarła, ale to jest tak, że od samookaleczenia do samobójstwa to jest jedno cięcie - przestrzega Lucyna Kicińska.

Kończę komentarzem, który ktoś o pseudonimie ~wiem zamieścił pod moim poprzednim wpisem, oczywiście zachowuję oryginalną pisownię:

Dobrego lomotu brak I dyscypliny dla tej mlodocianej gownozerji !

Właśnie po to piszę takie teksty, poruszam takie tematy, żeby nikt nigdy tak nie pomyślał. Żeby nikt nigdy tak nie zrobił. Żeby temu komuś, kto nazywa się WIEM, wiedza pomogła odnaleźć właściwą drogę.

Zachęcam też do przeczytania rozmowy Kuby Kaługi z kimś, kto samookaleczanie zostawił za sobą, ale pozostawił w pamięci. Nie jest ważne jak naprawdę Ania ma na imię, ważne jest to, że jest gotowa mówić o samookaleczaniu i dawać innym nadzieję na odzyskanie siebie.

"Warto mieć świadomość siebie"

Kuba Kaługa: Ma pani jeszcze ślady po cięciach?

Ania: Nie widzę już ich, ani nie zastanawiam się nad tym, zresztą to było trochę czasu temu... Jakieś naście lat... To nie były też takie rany, które chciałam celebrować w późniejszym okresie życia.

Jakie to jest uczucie jak człowiek się samookolecza? Po co to się robi?

To przeniesienie bólu wewnętrznego na zewnętrzny, żeby go łatwiej przerobić, znieść, poradzić sobie z nim.

Z czego to wynikało?

To kwestia bardzo indywidualna. U każdego to może być z innego powodu, u mnie to był problem z niezrozumieniem się z rodzicami. Problem w ich interpersonalnej komunikacji, w którą mnie wciągali, a ja nie byłam w stanie nic zrobić. Najważniejsze jest to, żeby taka osoba, która jest niedojrzała i musi się zmagać z problemami rodziców musi sobie uświadomić, że tej sytuacji nie jest w stanie zmienić, dlatego musi zmienić do niej podejście. Jeżeli to zrozumie i to zaakceptuje, to nie będzie takie ciężkie. Ten młody człowiek będzie mógł skupić się na sobie, a nie na tym, czego nie może zrobić.

Rozmawiała pani wtedy o tym z rodzicami?

O tym, co czuję tak. O tym, że jest mi ciężko, że przyszedł taki moment, że już nie mogłam sama ze sobą wytrzymać. Z tego powodu, że jestem dość blisko z moja mamą, powiedziałam jej, że potrzebuję pomocy psychologa czy psychiatry, bo dzieje się ze mną coś takiego, że już sobie sama z tym nie poradzę. Chciałam się poczuć lepiej za wszelką cenę.

Ale nie mówiła pani rodzicom, że się okalecza?

Nie, nie...

Nie zauważyli?

Nie i to nie jest trudne, żeby nie zauważyć, żeby to przegapić.

Jak się pani maskowała, chowała ślady?

O takich rzeczach teraz ludzie opowiadają na stronach internetowych. To są podstawy. Tniesz się tam, gdzie nie można tego zobaczyć. Każdy przecież nosi ubranie o każdej porze roku. Ukrywanie cięcia nie jest trudne.

A pamięta pani, kiedy to się stało pierwszy raz? Ten dzień? Ile miała Pani wtedy lat?

To były ostatnie klasy szkoły podstawowej, siódma, ósma.

Jak długo to trwało?

To się rozwijało stopniowo, to odchodziło, bo były lepsze moment, ale potem wracało. Próbowałam inaczej ten ból rozładować, bardziej ludzkimi sposobami. Oglądałam filmy, biegałam, żeby odwrócić swoją uwagę. To trwało do pierwszych lat studiów.

5, 6 lat to długo...

No tak, całe liceum... Rzeczywiście. Długo. Dopiero teraz to widzę.

Kiedy uświadomiła sobie pani, że to jest poważny problem?

Ja nigdy nie uważałam, że to jest poważny problem. Dopóki nie zauważyłam, jaki ogrom jest tego zjawiska. Kiedyś weszłam na stronę internetową, na której trafiłam na czat, gdzie ludzie opowiadali o tym gdzie, kiedy i jak głęboko się ciąć, żeby nie zrobić sobie krzywdy. To mnie przeraziło...

To pani pozwoliło spojrzeć na to zjawisko trochę z boku?

Trochę tak. Z jednej strony myślałam, że ja jestem sama w tym, i może to i dobrze. Z drugiej strony, jak patrzyłam, że tego jest taki ogrom, wcale nie zrobiło mi się lepiej. Stwierdziłam, że zbyt dużo ludzi cierpi i zbyt dużo ludzi nie umie poprosić o pomoc. Psycholog w naszym świecie ciągle jest lekarzem dla świrów. To jest dla mnie nie do pomyślenia! Psycholog jest takim samym lekarzem jak pediatra czy dentysta.

Pani psycholog pomógł?

Tak. Myślę, że tak. Nie pracowałyśmy nad samookaleczaniem, ale nad problemami, które spowodowały, że zaczęłam się okaleczać.

Pytałem o rodziców, mówiła pani, że o tym nie wiedzieli, ale na pewno ktoś o tym wiedział.. Koleżanki, koledzy ze szkoły? Próbowali jakoś pomóc?

Jak już byłam z kimś blisko, na przykład z przyjaciółkami, to starały się mnie kontrolować, martwiły się o mnie i pytały jak było na sesji psychologicznej, nad czym pracujemy, czy mi to pomaga... Były tym zainteresowane i chciały mnie kontrolować, żebym nie zrobiła sobie krzywdy. Tyle, że ja nie chciałam sobie zrobić krzywdy, ja nie chciałam się zabić. Tu chodziło tylko o ból, o to, żeby móc go jakoś znieść. To jest taki ból wewnętrzny, którego ciężko się pozbyć i samookaleczanie miało mi w tym pomóc.

Pomagało?

Tak. Jeżeli by nie pomagało, to bym tego nie robiła. Wtedy tak, to mi pomagało. Jak sobie teraz pomyślę na przykład, że jest mi źle, to bez względu na to, jak bardzo bym się źle czuła, chyba już nie sięgnęłabym po to nigdy więcej. Są inne sposoby, można robić zupełnie co innego, nie rzucać tej agresji w siebie, ani w innych oczywiście. To nie jest dobry pomysł i nie był, jestem tego świadoma.

Wtedy, jako nastolatka, pani o tym nie wiedziała?

Wtedy to był szybki, łatwy sposób, żeby się zrelaksować, zamaskować to, co czuję w środku. Nie, można tego nazwać relaksem. Tak kiedyś mówiłam, jak chciałam wytłumaczyć przyjaciółce, co robię, że to nie jest straszne, to się zdarza i to mi pomaga. Dlatego nie, teraz nie powiem, że to był relaks.

Dzisiaj zaczyna się już mówić o modzie na samookaleczanie, co by pani powiedziała takim nastolatkom?

Jeżeli to jest tylko moda, to jest najidiotyczniejsza moda, o jakiej słyszałam, a jeżeli rzeczywiście mają problem i nieważne jaki to problem, to warto się zwrócić do specjalisty. Naprawdę u psychologa dużo można zyskać świadomości siebie, własnego ciała, tego, co jest wokół nas, tego, co nas otacza, problemów innych ludzi, którzy spychają swoje kłopoty na nas. Jeżeli to jest moda, to jest straszne! Chyba palenie papierosów jest mądrzejsze niż okaleczanie własnego ciała.

A co by pani powiedziała rodzicom tych dzieci? Na co ci rodzice powinni zwrócić uwagę? Co powinni zmienić?

Warto jest być blisko z własnym dzieckiem. Warto pomyśleć zanim obarczy się je jakimś problemem, któremu nie jest w stanie sprostać. Warto widzieć w tym dziecku człowieka i po prostu dać mu możliwość porozumiewania się, komunikacji. Warto być otwartym na problemy dziecka, nawet jeżeli one wydają się błahe z punktu widzenia dorosłych. Dla dziecka, w tym danym momencie, ten problem to jest cały świat.