Od tego tygodnia każdy Argentyńczyk, który chce wyjechać na zagraniczne wakacje, musi nie tylko przedstawić swój numer identyfikacji podatkowej, ale także poinformować fiskusa dokąd, kiedy i dlaczego się wybiera. Rządzący mówią, że to ograniczenie prywatności jest niezbędne w walce z uchylaniem się od płacenia podatków i praniem pieniędzy. W rzeczywistości powód jest jednak inny. Rządowi, na czele którego stoi Cristina Fernández de Kirchner, zaczyna brakować dolarów.

REKLAMA

Od kiedy stopa inflacji w Argentynie sięga prawie 25 procent, rząd obawia się osłabienia peso. Dlatego kraj ten powoli ucieka w stronę "gospodarki oblężonej", gdzie import jest kontrolowany w znacznej mierze przez państwo.

Już w zeszłym roku wprowadzono bariery dla importu (25 maja Unia Europejska poskarżyła się nawet do WTO na restrykcje dotyczące importu w Argentynie), ale odpływ gotówki za granicę trwa. Rząd zdecydował się więc kontrolować wymianę walut.

Fiskus, na czele którego stoi Ricardo Etchegaray, nie wyjaśnił, jakie kryteria stosuje rozpatrując prośby o dolary, ale racjonuje je coraz bardziej.

Dzięki ograniczeniu importu udało się zmniejszyć odpływ środków z 8,4 miliarda dolarów (w trzecim kwartale ubiegłego roku) do1,6 miliarda (w pierwszy kwartale tego roku). Rezerwy banku centralnego, które prezydent mocno uszczupliła, w tej chwili ustabilizowały się na poziomie 47 miliardów dolarów. Ale i to ma swoją cenę. Gospodarka Argentyny gwałtownie zwalnia. Kwitnie za to czarny rynek wymiany walut. Calle Florida - deptak w samym sercu Buenos Aires, po raz kolejny stał się jednym wielkim nieformalnym kantorem, gdzie można spotkać wielu ulicznych sprzedawców walut, tak jak w czasie wielkiej inflacji w latach 80. Oferują dolary w konkurencyjnych cenach, czasami dosłownie wyciągają je ze skarpet. Inną lukę wykorzystują wielkie firmy. Te operują na rynku blue chipów. Kupują denominowane w dolarach zagraniczne obligacje za pesos, po czym sprzedają je na rynku amerykańskim za dolary. El blue - to najnowszy neologizm opisujący sytuację gospodarczą w Argentynie. W maju dolar kosztował już 6.15, jeszcze w Marcu było to 5.20. Oficjalny kurs ciągle wynosi 4.47.

Rząd nie ustaje w wysiłkach, by zlikwidować czarny rynek. Władze ogłosiły, że będą ścigać tych, którzy legalnie kupują dolary, po czym szybko sprzedają je na lewo osiągając zysk w wysokości 25-30 procent. Ale to niewiele pomoga. Ekonomiści oceniają, że dziennie pod stołem przepływa od 10 do nawet 40 milionów dolarów. Tyle wynoszą średnie obroty na argentyńskiej giełdzie. Choć szkodzi to gospodarce, ten drugi obieg walut jest politycznie użyteczny. System pozwala jednocześnie pogrążać oponentów i premiować sympatyków.

Pod koniec października pani Fernández bez trudu wygrała wybory, dzięki czemu może rządzić drugą kadencję. Zyskała 54 procent głosów. Od tego czasu, przez pikującą gospodarkę, straciła już 20 punktów poparcia. Kwietniowa nacjonalizacja większości udziałów paliwowego giganta YPF zatrzymała, ale nie odwróciła tej tendencji. Istnieje więc ryzyko, że popularność pani prezydent będzie spadać im wyższa będzie stopa inflacji.

TŁUMACZENIE