Sonda Rossetta, od ponad roku krążąca wokół jądra komety 67P/Churiumov-Gerasimenko, najprawdopodobniej zakończy swoją misję podobnie, jak lądownik Philae. To znaczy... spadnie na powierzchnię kosmicznej skały. Tym razem upadek będzie zapewne bardziej gwałtowny, ale może pomóc w zebraniu jeszcze większej ilości informacji. O opcjach rozważanych przez kierownictwo misji pisze na swej stronie internetowej czasopismo "Nature".

REKLAMA

Wysłana w przestrzeń kosmiczną w 2004 roku sonda po 10 latach dotarła w pobliże jadra komety 67P, by niespełna roki temu zrzucić na jej powierzchnię lądownik Philae, który miał przeprowadzić tam serię eksperymentów. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem, harpuny, które miały przytrzymać Philae przy powierzchni nie zadziałały, lądownik jeszcze dwukrotnie się odbił, by w końcu upaść na bok w cieniu skalnego klifu. To położenie uniemożliwiło przeprowadzenie części eksperymentów, nie dało też szans na poprawne zasilanie próbnika z baterii słonecznych. Po kilkudziesięciu godzinach Philae zapadł w sen. Obudził się jeszcze na pewien czas w lipcu, ale od tego czasu kontaktu z nim już nie ma.

Tymczasem sama Rosetta spisuje się znakomicie i kontynuuje badania komety już po jej największym zbliżeniu do Słońca. Kierownictwo misji chcąc do maksimum wykorzystać pracę znajdujących się na jej pokładzie urządzeń postanowiło teraz ją rozbić. Do manewru stopniowego obniżania się do powierzchni jądra ma dojść we wrześniu przyszłego roku, na koniec zaplanowanego, przedłużonego już, okresu finansowania misji.

Naukowcy mają nadzieję, że manewr uda się przeprowadzić jak najbardziej delikatnie, tak by do ostatniej chwili dać instrumentom naukowym szansę zebrania i przesłania na Ziemię dodatkowych danych, Rosetta nie była jednak projektowana do łagodnego lądowania, więc tak czy inaczej będzie to forma rozbicia pojazdu. Uderzenie w powierzchnię będzie z naukowego punktu widzenia najlepszą możliwą formą zakończenia misji Rosetty - mówi Matt Taylor, członek zespołu naukowego misji. Przyznaje też, że zapewne popłynie wiele łez, bo dla wielu osób będzie to zakończenie misji, w której uczestniczyli od etapu projektów, czyli od 1993 roku.

Rozbicie Rosetty nie było jedyną możliwą do rozważenia opcją. Sondę teoretycznie można zostawić w spokoju licząc, że przetrwa podróż wraz z kometą w odległe rejony Układu Słonecznego i po powrocie bliżej Słońca za 4 do 5 lat obudzi się i podejmie pracę. To jednak wymagałoby przedłużenia finansowania misji poza wrzesień 2016 roku i utrzymania w gotowości całego zespołu naukowego. Europejska Agencja Kosmiczna raczej się na to nie zdecyduje.

W tej chwili trwają pracę nad opracowaniem trajektorii opadania sondy, która pozwoli na najbardziej efektywne wykorzystanie jej instrumentów badawczych. Do tej pory najbliżej jądra komety - 8 kilometrów - sonda znalazła się 12 listopada ubiegłego roku w chwili upuszczania lądownika Philae. Obecnie przewiduje się ustawienie jej na podobnej orbicie w sierpniu przyszłego roku i rozpoczęcie wtedy procesu dalszego zbliżania.

Nawigacja w pobliżu jądra nie będzie łatwa, bo jego dziwaczny, podobny do gumowej kaczki - kształt sprawia, że pole grawitacyjne jest silnie niejednorodne. Jeśli jednak uda się sprowadzić Rosettę możliwie nisko, są szanse na uzyskanie zarówno wysokiej rozdzielczości zdjęć powierzchni, jak i dokładniejszych, niż dotąd pomiarów choćby emisji gazów. Po uderzeniu w powierzchnię możliwości sondy się skończą, bo nawet jeśli nie ulegnie rozbiciu, nie będzie w stanie skierować swych baterii słonecznych w stronę Słońca, ani anten komunikacyjnych w stronę Ziemi. Zapadnie cisza.