Pierwsza w historii kosmiczna naprawa wahadłowca zakończyła się powodzeniem – poinformowała NASA. Operacja, choć wielu ekspertom spędzała sen z powiek, przebiegła zaskakująco sprawnie.

REKLAMA

Astronauci mieli dotrzeć pod kadłub promu z pomocą specjalnego wysięgnika. Spodziewano się, że usuwanie fragmentów wypełniacza, które wysunęły się spomiędzy płytek osłony termicznej, zajmie przynajmniej godzinę. Jednak Amerykanin Steve Robinson, do pozbycia się odstającej pianki nie musiał używać nawet zabranej przez siebie domowej piłki do metalu.

Naprawę na żywo transmitowały wszystkie duże stacje telewizyjne. Był to pierwszy taki przypadek – teraz bowiem amerykańska Agencja może na bieżąco pokazywać wszystko to, co dzieje się zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz promu. Wszystkim kamień spadł z serca, a zewsząd napływają entuzjastyczne komentarze.

Wszystko wskazuje bowiem, że wahadłowiec bezpiecznie wróci na Ziemię. Jednak zarówno astronauci, jak kontrola lotów w Houston, z ulgą odetchną dopiero, gdy prom bezpiecznie wyląduje. Choć niebezpieczeństwo, którego obawiano się najbardziej, czyli rozgrzanie się odstających fragmentów w czasie wchodzenia w atmosferę, jest już zażegnane, tę misję wydaje się prześladować pech.

Najbardziej nerwowy moment całej misji wciąż jednak przed nami. W chwili wejścia promu w atmosferę Houston straci na krótko łączność z maszyną. Dopiero gdy astronauci ponownie się odezwą, będzie można uznać misję za udaną. A lądowanie zaplanowano na poniedziałek.