66 milionów lat temu dinozaury mogły mieć prawdziwego pecha. Opublikowane właśnie wyniki badań naukowych wskazują na to, że ich los mógł przypieczętować nie tylko upadek planetoidy, ale i równoczesna aktywność wulkaniczna po drugiej stronie Ziemi. Jak piszą na łamach czasopisma "Sciencie" badacze z University of California w Berkeley, główne erupcje w rejonie tak zwanych Trap Dekanu w Indiach nastąpiły w ciągu zaledwie 30 do 50 tysięcy lat po uderzeniu planetoidy. Trudno uznać to za przypadek. Do zmian klimatycznych, które w konsekwencji doprowadziły do wyginięcia dinozaurów i wielu innych form życia, mogła się jednak przyczynić także wcześniejsza aktywność tych wulkanów, na którą upadek nie miał żadnego wpływu.

REKLAMA

Badacze z University of Calfornia w Berkeley, University in Philadelphia oraz Indian Institute of Technology w Mumbaju przeprowadzili najdokładniejsze do tej pory datowanie skał bazaltowych Trap Dekanu. Skały te rozciągają się w Indiach na obszarze o średnicy około 500 kilometrów i mają w niektórych miejscach nawet do 2 kilometrów grubości. Kilka lat temu pojawiły się już dowody na to, że aktywność wulkaniczna na tym terenie mogła być powiązana z uderzeniem planetoidy w rejonie Ameryki Środkowej. Najnowsze wyniki badań zwiększają prawdopodobieństwo, że tak faktycznie było, nie wyjaśniają jednak ostatecznie, w jakim stopniu oba te kataklizmy przyczyniły się do masowego wymierania gatunków, które otworzyło drogę do sukcesu ptaków i ssaków.

Wulkany na terenie Trap Dekanu wybuchały cyklicznie przez setki tysięcy lat, najnowsze badania pokazały, że szczególne nasilenie tych erupcji nastąpiło "krótko" po uderzeniu planetoidy Chicxulub. Teraz, kiedy przeprowadziliśmy datowanie tych skał w wielu miejscach widzimy, że do gwałtownych przemian doszło wszędzie mniej więcej w tym samym okresie - mówi prof. Paul Renne z UC Berkeley. Z dużą pewnością możemy stwierdzić, że największe wybuchy nastąpiły w ciągu 50 tysięcy, może nawet 30 tysięcy lat od uderzenia. To oznacza, że te zdarzenia były w granicach błędu praktycznie równoczesne. To istotne potwierdzenie hipotezy, że uderzenie doprowadziło do ożywienia wulkanów - mówi badacz.

Nowe dane pokazały też, że wypływ lawy trwał potem około miliona lat, co wskazuje na to, że zasadnicza część materiału wulkanicznego, nawet 75 proc. została wyrzucona po upadku planetoidy. Wcześniejsze szacunki wskazywały, że 80 proc. lawy mogło wydostać się wcześniej. To ma wpływ na współczesne hipotezy dotyczące ówczesnej sytuacji. Gdyby wulkany były aktywne głównie przed upadkiem, musiałyby w naturalny sposób przyczynić się do obserwowanego wtedy znacznego ocieplenia klimatu. Przyzwyczajone do wyższej temperatury dinozaury doznały szoku po tym, jak w wyniku uderzenia planetoidy pył przesłonił niebo i doprowadził do gwałtownego ochłodzenia.

Jeśli większość lawy wypłynęła po uderzeniu planetoidy, tę hipotezę trzeba nieco zmodyfikować. Być może emisja gazów cieplarnianych, prowadząca do ocieplenia nastąpiła jeszcze przed upadkiem Chicxulub i poprzedzała późniejsze serie wybuchów. Nowe wyniki zmieniają nasze przypuszczenia co do roli erupcji Trap Dekanu w tak zwanym wymieraniu kredowym - mówi pierwsza autorka pracy, dr Courtney Sprain. Albo te wybuchy nie odgrywały żadnej roli - co wydaje się mało prawdopodobne - albo większość gazów cieplarnianych uwolniła się wcześniej - mówi Sprain. To oznaczałoby, że wulkany najpierw doprowadziły do podgrzania atmosfery, a po upadku planetoidy, wyrzucając skały i pył przyczyniły się do jeszcze silniejszego jej ochłodzenia. Szok dla ówczesnych organizmów byłby jeszcze większy.