​Interwencja szturmowych oddziałów policji przeciwko nielegalnemu obozowisku Romów koło Lille na północy Francji. Ponad ćwierć tysiąca funkcjonariuszy, którym towarzyszyły ekipy ze spychaczami, zniszczyło prowizoryczne baraki bez wody bieżącej i toalet. Mieszkało w nich kilkaset osób.

REKLAMA

Obozowisko "Lille-Południe" zostało zlikwidowane na mocy decyzji sadu m.in. dlatego, że instalacja elektryczna nie odpowiadała obowiązującym normom, a to z kolei powodowało pożary. W ciągu ciągu roku spłonęło 9 baraków. Obozowisko znajdowało się również na terenie, któremu groziły powodzie. Tuż obok znajdują się tory kolejowe, co według sędziów również zagrażało bezpieczeństwu mieszkańców.

Dzięki pomocy organizacji charytatywnych, w tym katolickich, większa cześć Romów zdążyła przenieść się przed interwencją policji do innych nielegalnych obozowisk, których jest w regionie Lille ponad czterdzieści. Francuskie media sugerują więc, że interwencje policji są "syzyfową pracą", bo kiedy jedne obozowiska są likwidowane, inne powstają w pobliżu. MSW zapewnia, że zlikwiduje stopniowo wszystkie nielegalne obozowiska, w których mieszkają głównie przybysze z Rumunii.


Już w ubiegłym roku szef MSW Manuel Valls zapowiedział zaostrzenie polityki w tej sferze. Ostrzegł, że rząd przestanie też dawać zapomogi Romom wydalanym do Rumunii. Okazało się bowiem, że wydawali oni otrzymane od państwa pieniądze, by... powrócić do Francji.

Za rządów prawicowego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego każdy dorosły Rom - odsyłany z Francji do Rumunii - dostawał od francuskiego rządu zapomogę w wysokości 300 lub nawet 400 euro, jeżeli miał niepełnoletnie dziecko. Miało to teoretycznie umożliwić Romom łatwiejsze rozpoczęcie nowego życia w ojczyźnie. Skorzystało z tego ponad 10 tysięcy osób - czasami kilka razy. Najczęściej pieniądze te były wykorzystywane, by jak najszybciej powrócić do Francji.

Sprawiło to, że liczba Romów nad Sekwaną nie zmalała - od wielu lat sięga 20 tysięcy osób. Według szefa MSW, Francji nie stać, by wyrzucać pieniądze przez okno. Rozpoczęta za czasów Sarkozy'ego masowa likwidacja nielegalnych obozowisk Romów będzie kontynuowana. Zatrzymani będą odsyłani do Rumunii. Nie będzie już jednak "marchewki" - pozostanie tylko "kij" - jak określają to komentatorzy.

Masowa likwidacja obozowisk Romów we Francji wywołała dwa lata temu burzliwe polemiki w Unii Europejskiej. Z wielką uwagą i pewnym niepokojem śledzę wydarzenia ostatnich dni we Francji - oświadczyła wtedy unijna komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding. Z jednej strony w pełni uznaję, że zapewnienie porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli na terytorium narodowym jest wyłączną odpowiedzialnością krajów członkowskich. Z drugiej strony oczekuję, że wszystkie kraje członkowskie będą szanowały wspólnie uzgodnione w UE zasady swobody przemieszczania się, niedyskryminacji oraz wspólne wartości UE, zwłaszcza prawa podstawowe, w tym prawa osób należących do mniejszości. Jest jasne, że nikt nie może być wydalony tylko dlatego, że jest Romem - kontynuowała komisarz.

Dodała, że los Romów - największej mniejszości etnicznej w UE - bardzo leży jej na sercu i że za sprawę pierwszorzędnej wagi uważa ich dobrą integrację w społeczeństwie. Reding wezwała Francję do szczerej i otwartej dyskusji ze wszystkimi - co podkreślono - innymi krajami UE na temat sytuacji Romów, wyrażając żal, że retoryka używana w niektórych krajach w ostatnich tygodniach była "otwarcie dyskryminująca i częściowo zaogniła sytuację".