Materiały skradzione podczas lutowego ataku na ambasadę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD) w Madrycie trafiły do amerykańskiego FBI - poinformował sędzia Jose de la Mata z hiszpańskiego Sądu Krajowego (Audiencia Nacional). Ujawniając 14-stronicowy dokument zawierający informacje o okolicznościach napadu na ambasadę Korei Północnej w Madrycie, sędzia wyjaśnił, że 10-osobowa grupa sprawców uciekła z placówki i udała się do Portugalii, skąd następnie odleciała do USA.

REKLAMA

De la Mata w szczegółowy sposób opisał działanie grupy, w której skład wchodzili obywatele USA, Meksyku, a także Korei Południowej. Kluczową osobą w szeregach uzbrojonej grupy był mieszkający w USA obywatel Meksyku Adrian Hong Chang. Wszedł on do placówki dyplomatycznej KRLD, podając się za przedsiębiorcę, po czym umożliwił wtargnięcie na teren ambasady pozostałym dziewięciu napastnikom.

Hiszpański sędzia poinformował, że podczas przeprowadzonego 22 lutego ataku siedmioosobowy personel ambasady został związany i pobity. Jeden z dyplomatów KRLD był też nakłaniany do ucieczki z Korei Północnej do Południowej.

Ze śledztwa wynika, że napastnicy ukradli z placówki dwa dyski przenośne, dwa komputery, telefon komórkowy, a także dwa twarde dyski.

Jak ustalili hiszpańscy śledczy, 27 lutego Hong Chang skontaktował się z jednym z pracowników FBI, aby poinformować o przeprowadzonej w Madrycie akcji, a także przekazać mu skradzione materiały.

Amerykańskie władze nie mają nic wspólnego z lutowym atakiem na ambasadę Korei Płn. w Madrycie - zapewnił rzecznik Departamentu Stanu USA Robert Palladino.

Agencja Reutera, powołując się na anonimowe źródła w hiszpańskim wymiarze sprawiedliwości, informuje, że Hiszpanie planują zwrócić się do USA z wnioskiem o ekstradycję członków grupy, którzy mieli wedrzeć się do ambasady i przekonać jednego z urzędników do ucieczki z budynku.

Wydarzenie może zaciążyć na stosunkach Madrytu z Waszyngtonem

13 marca hiszpański dziennik "El Pais", publikując szczegóły dochodzenia w sprawie ataku na ambasadę, napisał, że za zdarzeniem prawdopodobnie stały amerykańskie służby wywiadowcze.

Wydawana w Madrycie gazeta, powołując się na swoje źródła w hiszpańskiej policji i w rodzimych służbach wywiadowczych (CNI), ujawniła, że obie te instytucje zidentyfikowały co najmniej dwóch napastników jako "osoby związane z CIA".

"Komando poszukiwało informacji na temat ambasadora i szefa północnokoreańskiej delegacji na negocjacje z USA" - pisał "El Pais", przypominając, że atak na ambasadę nastąpił krótko przed spotkaniem przywódców obu tych państw w Wietnamie.

Stołeczna gazeta ujawniła też, że hiszpańskie służby zwróciły się w sprawie ataku na ambasadę do CIA z pytaniem o jej udział w zdarzeniu. "Odpowiedź była negatywna, ale mało przekonująca" - napisał "El Pais".

Czołowa hiszpańska gazeta wskazała, że jeśli śledztwo ostatecznie potwierdzi udział amerykańskich służb w ataku na ambasadę Korei Płn., wydarzenie to w poważnym stopniu zaciąży na stosunkach między Madrytem a Waszyngtonem.

"Nie chodzi tu tylko o niedopuszczalne działanie na terytorium Hiszpanii, kraju sojuszniczego, prowadzone bez zgody ani poinformowania gospodarza, ale o złamanie międzynarodowych konwencji chroniących placówki dyplomatyczne" - zaznaczył "El Pais".

Pracownicy ambasady byli więzieni przez kilka godzin


Hiszpańska gazeta przypomniała też, że w przeciwieństwie do standardowych "działań szpiegowskich, charakteryzujących się dyskretnym działaniem", takich jak np. cyberataki, napaść na północnokoreańską ambasadę była "niezwykle brutalnym aktem".

Do napaści Madrycie doszło 22 lutego po godzinie 16.30. Wówczas grupa 10 zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn uwięziła na kilka godzin personel placówki dyplomatycznej.

Hiszpańska policja została w trakcie ataku zaalarmowana przez jednego z mieszkańców sąsiednich budynków o krzykach wydostających się z placówki i o ucieczce z budynku jednej z obywatelek Korei Północnej. Policyjny patrol zgłosił się do ambasady, gdy napastnicy jeszcze przebywali w środku, ale do czasu ucieczki sprawców samochodami funkcjonariusze nie podjęli działań. Tłumaczyli, że jeden z podszywających się pod północnokoreańskiego dyplomatę mężczyzn zapewnił ich, że w ambasadzie "wszystko jest w porządku".