Stołeczna prokuratura umorzyła śledztwo ws. ujawnienia tzw. „listy Wildsteina”. Nie zdołała bowiem ustalić, kto w IPN udostępnił dziennikarzowi listę ponad 160 tysięcy nazwisk funkcjonariuszy i współpracowników służb specjalnych PRL.

REKLAMA

Prokuratura uznała, że przestępstwa nie popełnił Instytut Pamięci Narodowej, któremu zarzucano nieprzestrzeganie przepisów o ochronie danych osobowych. Drugi wątek dotyczył braku zgłoszenia przez IPN jego zbiorów danych do rejestracji Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych. Tu także nie dopatrzono się złamania prawa.

Lista zaczęła krążyć po Internecie na początku ubiegłego roku. Jej ujawnieniem byli oburzeni przed wszystkim ci, którzy sprzeciwiali się lustracji. Spore zamieszanie wywołała także informacja, że na liście znalazły się nazwiska czynnych oficerów WSI.

Sprawą zajęło się Kolegium ds. Służb Specjalnych. Po ujawnieniu listy Wildstein stracił pracę w dzienniku "Rzeczpospolita", a zainteresowanie archiwami IPN-u gwałtownie wzrosło. Ludzie masowo składali wnioski o dostęp do akt Instytutu.