Każdego roku przed tym problemem staje 12 tysięcy ludzi w Polsce. Jedni mają się szanse przygotować. Na innych spada to nagle, wśród innych również trudnych spraw. Z perspektywy czasu mówią, że to nie był wyrok. Jednak to doświadczenie raz na zawsze zmieniło ich spojrzenie na sens życia. Amputacja wywraca cały świat do góry nogami, ale pozwala żyć. Swoimi historiami podzielili się z dziennikarką RMF FM Marleną Chudzio podopieczni Fundacji Centrum Rehabilitacji „Znowu w biegu”.
- Więcej informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej rmf24.pl
Bez nogi pani Ewa Stec żyje już ponad 5 lat. O tym, że czeka ją amputacja, dowiedziała się w gabinecie lekarskim. Musimy się tego pozbyć - zakomunikował jej doktor. Już wtedy była po ciężkim leczeniu onkologicznym, ale gdy tradycyjne metody zawiodły, trzeba było iść dalej, by zachować życie.
Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio
Rozpłakałam się. Wyszłam z gabinetu, powiedziałam córce. Usiadłam na chwilę i córka powiedziała: "Mamo, będzie dobrze. Ludzie są po amputacjach żyją, dają sobie radę. Poradzisz sobie też". Tak też się stało - wspomina.
Przed amputacją pani Ewa pracowała z psychologiem i korzystała z opieki fundacji. Chciała być gotowa.
Jadąc na zabieg nawet nie potrafiłam płakać. Amputowane miało być całe udo. Obudziłam się i nie byłam w stanie popatrzeć na tę nogę. Widziałam, jak przychodzili lekarze i ich wzrok padał trochę niżej - opisuje rozmówczyni RMF FM. Dopiero po jakimś czasie posunęłam ręką po ciele. Patrzę, a ja tu mam wszystko, tylko pod kolanem nie mam. To już dla mnie była taka dobra wiadomość - przyznaje.
Prawdziwa walka o powrót do sprawności zaczęła się później. Trzeba było pokonać depresję, zacząć ćwiczyć i nauczyć się chodzić na protezie. Każdy z tych etapów wymagał wsparcia innych ludzi, ale też ogromnej siły w sobie.
Dziś pani Ewa jest samodzielna. Chodzi bez kuli, daje sobie radę przy wchodzeniu po schodach.
Ponieważ mieszkam w bardzo małej miejscowości, na wsi, z początku miałam ogromną traumę wyjść po prostu na zewnątrz, gdziekolwiek. To wszystko zostało przepracowane - mówi dziennikarce RMF FM Marlenie Chudzio. W tym momencie to mi zupełnie w niczym nie przeszkadza. Lubię żartować z mojej sztucznej nogi - dodaje z dystansem.
Pani Ewa ma 57 lat. Jak sama twierdzi, jest śmielsza i bardziej towarzyska niż przed operacją. Marzenie?... Może zgrabny, maleńki domek. Z tyłu głowy wciąż jest jeszcze świadomość, że być może to nie jest ostatnia walka, którą stoczyła o swoje zdrowie. Wciąż czai się ryzyko onkologiczne.
Bardzo bym chciała jeszcze pożyć - przyznaje nieśmiało.
Pan Michał Wójtowicz nie mógł się przygotować do utraty nogi. Nikt też nie zapytał go, czy się na to zgadza. Jego świat wywrócił się do góry nogami 27 marca 2024 roku. Osiemnastotonowa koparka zmiażdżyła jego ciało, a on - będąc przez cały czas w pełni świadomy - nie martwił się o nogę, a o to, czy przeżyje i jeszcze kiedyś zobaczy swoją żonę i dzieci.
Na to się nie da przygotować, ale człowiek jest w stanie bardzo dużo znieść. Jak koparka na mnie stała, to byłem cały czas przytomny i już sobie uświadomiłem, że i tak tej nogi nie uratuję. Dobrze, że były osoby, które potrafiły zacisnąć mi na tętnicy w odpowiednim miejscu pasek, żebym się nie wykrwawił i to mnie uratowało - wspomina gość RMF FM.
Jak mnie wsadzili do karetki to myślałem, że umrę, bo ból był niesamowity. Chciałem przekazać jak najwięcej dla rodziny, żeby powiedzieli żonie, że ją kocham i żeby ktoś się zajął dziećmi, jak mnie już nie będzie. Byłem przygotowany na najgorsze. Dojechałem do szpitala dość szybko i akurat była wolna sala przygotowana pod operację. W karcie napisali, że był multizespół - czyli bardzo dużo osób - relacjonuje.
Pan Michał leżał w szpitalu przez pięć miesięcy. W wypadku mocno ucierpiała także jego druga noga. Były też inne problemy zdrowotne. Lekarze mieli wątpliwości, czy uda się mu siedzieć, a co dopiero chodzić. Dwa tygodnie leżał w śpiączce. Przed wypadkiem ważył 78 kg. Kiedy wychodził ze szpitala - zaledwie 52 kg. Pracował z rehabilitantką i psychologiem.
Najtrudniejsze było wciąż przed nim. Kiedy wyszedł ze szpitala, wyzwaniem okazały się najprostsze czynności. Jako mąż i ojciec stanął także przed całym szeregiem zadań. Ma dwoje dzieci. Starszy syn jest niepełnosprawny, ich mieszkanie znajduje się na trzecim piętrze, bez windy.
Bardzo ciężko było się w ogóle ogarnąć. Żona mi bardzo dużo pomogła na początku. Stwierdziła, że coś musimy znaleźć, żeby się rehabilitować. Mi oczywiście się nie chciało nic, było tylko leżenie. Widziała, że zaczynam wpadać może nie w depresję, tylko w takie zastanie - opowiada pan Michał. Znalazła Fundację "Znowu w biegu". Poznałem innych ludzi bez nóg, bez rąk. Każdy miał inną historię. Zauważyłem, że nawet starsze osoby próbują. Była taka pani, co miała prawie siedemdziesiąt lat i ona się uczyła chodzić o protezie. Pomyślałem, że skoro ona daje radę, to dlaczego ja bym miał nie dać - wspomina.
Zaczęły się ćwiczenia tej nogi, która udało się uratować, do tego brzucha i pośladków. Gdy udało się założyć protezę, nauka chodzenia w niej odbyła się błyskawicznie. Tym pan Michał zadziwił nawet specjalistów.
Dzieci są moim celem. To żeby syna na przykład wynieść na trzecie piętro, który waży 26 kilo, jak nie będzie chciał iść po schodach. O kulach bym nie dał rady tego zrobić. W tym momencie, na tym etapie normalnie go biorę na ręce - mówi pan Michał. Jak sam zauważa, po wypadku całkowicie zmieniła mu się perspektywa patrzenia na codzienność.
Jeśli ktoś jest uziemiony i nagle dostaje szansę, że może iść do sklepu i kupić sobie wodę albo iść na spacer z dzieckiem, to wszystko inne zostaje z tyłu. Dla mnie było najważniejsze, żeby mieć wolne ręce, żeby przytrzymać syna czy córkę wziąć na ręce, idąc do kościoła - wylicza.
Ma też trochę marzeń: mały domek, żeby nie trzeba było się męczyć ze schodami, zdrowie dla bliskich - chciałby zwłaszcza, żeby syn zaczął mówić.
Kiedy ktoś przeszedł taką drogę, dosłownie uczył się każdego kroku na nowo, ocena innych ma już drugorzędne znaczenie.
Nie interesuje mnie ludzkie zdanie na mój temat. Biorę to wszystko żartem. Nie wstydzę się tej nogi. Jestem zadowolona przede wszystkim, że ja chodzę. To jest dla mnie najważniejsze - ocenia pani Ewa.
Pan Michał także mówi o dystansie. Gdy dzieci w przedszkolu pytają, co to jest mówi, że to noga specjalna, bioniczna.
Spotkałem z dwoma typami reakcji. Osobami, które podchodziły i gratulowały mi, że chodzę. Nie pytali, co się stało. Mówili, że fajna robota, że super. Ale są też starsze osoby, które mówią "rany boskie, nie ma nogi". Tego by nie musiało być, to jest niepotrzebne. Wiem, że to jest dla kogoś też szok, może tak przeżywa, tak jest nauczony, ale ja bardzo nie lubię, żeby się ktoś nade mną użalał. Bardzo tego nie lubię - dodaje.
Kwiecień to Miesiąc Świadomości Amputacji. Pomarańczowy - bo taki kolor wybrano w geście solidarności z osobami bez kończyn. Komfort życia po operacji może być bardzo różny. Jest zależny nie tylko od stanu zdrowotnego, ale też od tego, jak zaopiekujemy się psychiką osoby po amputacji. Fundacja Centrum Rehabilitacji "Znowu w biegu" daje szanse rehabilitacji, ale także łączy osoby, które borykają się z tymi samymi problemami.
W kwietniu zorganizowano warsztaty, spotkania, panele dyskusyjne z lekarzami.
W ramach Miesiąca Świadomości Amputacji zorganizowaliśmy mnóstwo różnych wydarzeń. Zorganizowaliśmy w Warszawie warsztaty AMP Girl Power. To są warsztaty wzmacniające, motywacyjne dla kobiet po amputacjach, gdzie mogą spotkać się ze stylistką, można mieć profesjonalną sesję zdjęciową, warsztaty z protetyczką, z fizjoterapeutkami, z psychotraumatolożką. Po to, żeby poczuć się wzmocnione, piękne i nieodmiennie nadal niesamowicie kobiece i silne swoją kobiecością. Zorganizowaliśmy otwarty trening amp futbolu dla wszystkich chętnych, którzy chcieliby spróbować swoich sił w takiej formie aktywności fizycznej. Zorganizowaliśmy obóz nauki chodu dla osób po amputacji na poziomie podudzia - wylicza Grażyna Sławińska pracująca w fundacji Poland Busisness Run, która wraz z centrum "Znowu w Biegu" była organizatorem wydarzeń. Sama doskonale wie, o czym mówi. Straciła nogę podczas działań wojennych w Ukrainie, gdzie była wolontariuszką.
Każdego roku w Polsce wykonuje się od 10 do 12 tysięcy amputacji. To tak jakby każdego roku bez kończyny zostawało jedno małe miasto wielkości podkrakowskiej Skawiny. Ale to nie wszystko.
Amputacja zmienia życie nie tylko jednej osoby, ale całej jej rodziny i otoczenia.
Można spokojnie ocenić, że każdego roku kolejne 100 tysięcy osób będzie mierzyć się z niewiedzą, z bezradnością, z dziurawymi możliwościami wsparcia - mówi Grażyna Sławińska. Nie być samemu. To jest najważniejsze - podsumowuje.