Instytut Pamięci Narodowej nie zamierza na razie zwracać oświadczeń lustracyjnych, które do niego trafiły. Co więcej, niewykluczone, że przystąpi do ich sprawdzania - informuje "Newsweek".

REKLAMA

Po rozprawie przed Trybunałem Konstytucyjnym panowało przekonanie, że lustracja w wersji proponowanej przez prezydenta i PiS trafiła do kosza, a złożone oświadczenia lustracyjne wrócą do osób, które je złożyły. Nie jest to jednak wcale pewne. Jak dowiedział się "Newsweek", IPN ma opinie prawne, które nakazują mu poczekać z decyzją w tej sprawie do wydania pisemnego uzasadnienia przez TK.

Potwierdza to prezes IPN Janusz Kurtyka: Orzeczenie ustne było w wielu kwestiach niejasne. W tej chwili czekamy na pisemne uzasadnienie. Na tej podstawie stwierdzimy, czy możemy przystąpić do weryfikacji oświadczeń złożonych przed wejściem w życie decyzji TK - tłumaczy Kurtyka. Te oświadczenia były składane w dobrej wierze. W prawie jest to bardzo ważne pojęcie - podkreśla.

Czyli - według IPN - lustrowani zakładali, że przepisy są zgodne z konstytucją i że ich oświadczenia będą weryfikowane. Dlatego jeśli TK wyraźnie tego nie zabroni, IPN jest gotów przystąpić do sprawdzenia złożonych oświadczeń.

Ile ich jest? IPN szacuje, że blisko 100 tys. To sporo, biorąc pod uwagę, że wszystkich lustrowanych osób miało być około 300 tys. - Na razie nie sprawdzamy żadnych oświadczeń. Wszystkie są dobrze zabezpieczone, zapewnia Kurtyka. Pisemne uzasadnienie orzeczenia w sprawie lustracji ma być znane w tym tygodniu. Trybunał może w nim wskazać, czyje oświadczenia IPN powinien weryfikować, a czyje musi zwrócić. IPN oczekuje też, że sędziowie wskażą ścieżki lustracji osób publicznych.