Czy inwigilacja prawicy przez Urząd Ochrony Państwa na pczątku lat 90. była, przynajmniej częściowo, słuszna? Zasugerował to w rozmowie z RMF FM lider Platformy Obywatelskiej Jan Rokita.

REKLAMA

Rokita mówi, że działania UOP wiązały się z legalnymi dochodzeniami. Byli inwigilowani nie tylko bezprawnie, ale także na polecenie Prokuratury Generalnej, sądu ze względu na podejrzenie bardzo poważnych przestępstw korupcyjnych. To pierwsze jest kryminalne, naganne i nikczemne. To drugie jest słuszne, legalne i powinniśmy o tym dostać pełne informacje publiczne, a nie tylko przecieki. Szafa Lesiaka interesuje mnie tylko wtedy, gdy będzie opublikowana w całości. Ciągle podejrzewam, że ona nie jest publikowana w całości, dlatego że ci, którzy mają ją w ręce, opublikować jej nie chcą. I ciągle wzywam ich do tego, żeby ją opublikowali.

Po ujawnieniu części materiałów z szafy Lesiaka, premier oskarżył Jana Rokitę o to, że nie tylko wiedział o nielegalnych działaniach UOP, ale je inspirował. Z dokumentów wynika, że za czasów rządu Hanny Suchockiej Urząd Ochrony Państwa posługiwał się swoimi agentami do skłócenia i dezinformowania opozycji. Jan Rokita był wtedy szefem Urzędu Rady Ministrów.

W rozmowie z RMF FM Jan Rokita mówi, że nie zamierza zwracać się do policji o ochronę w związku z groźbami pod jego adresem, jakie ostatnio otrzymuje. Lider PO twierdzi, że codziennie dostaje kilka listów z pogróżkami. Anonimowy nadawca żąda w nich, by polityk wyprowadził się z dzielnicy. Posłuchaj:

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

To nie jest tak, że publiczną kampanię nienawiści można uruchamiać bez jakichkolwiek skutków. Nienawiść, upowszechniana w telewizji, w radiu, na trybunie sejmowej, przekłada się na społeczną nienawiść - zaznacza. Rokita uważa, że te pogróżki mają związek z oskarżeniami, jakoby był zamieszany w sprawę tzw. szafy Lesiaka.