Zarzut nieumyślnego narażenia życia noworodka usłyszała pielęgniarka z łódzkiego szpitala imienia Madurowicza. Według ustaleń prokuratury, cztery miesiące temu kobieta podała płaczącemu dziecku smoczek od butelki, którym maluch się zadławił. Dziecko uratowali lekarze z innego szpitala - udało im się wyjąć smoczek z przełyku.

REKLAMA

Okazało się, że rodzina chłopczyka przekazała wcześniej szpitalowi smoczek-gryzak, ale pielęgniarka nie dała go dziecku. 55-letnia kobieta nie przyznała się do winy. Odmówiła też składania wyjaśnień. Grozi jej do dwóch lat więzienia. Do czasu wyjaśnienia sprawy została odsunięta od pracy.

Do wypadku doszło w czerwcu tego roku. Zdaniem prokuratury podanie nieodpowiedniego smoczka naraziło życie dziecka, ale na szczęście nie spowodowało poważnych skutków zdrowotnych.