"Nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło załogę Tu-154M, która mimo braków w informacjach, zdecydowała się podchodzić do lądowania w takich warunkach" - mówi gość Kontrwywiadu RMF FM Piotr Łukaszewicz. "Gdyby ten samolot zniżał się z prawidłową prędkością i decyzja zostałaby wprowadzona w odpowiednim czasie, to na pewno załoga i pasażerowie mieliby szanse na to, by przeżyć" - twierdzi.

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla video

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

kontrwywiad łukaszewicz

Konrad Piasecki: Kiedy czyta pan stenogramy rozmów z wieży, nie uderza pana bierność kontrolerów lotu?

Piotr Łukaszewicz: To prawda, jest tam za mało - moim zdaniem - komunikacji, jest tam za mało wymiany informacji, która powinna mieć miejsce w trakcie podchodzenia do lądowania samolotu w takich, a nie innych warunkach atmosferycznych.

Konrad Piasecki: Oni między sobą mówią: "Warunki są fatalne, jest mgła, jest coraz gorzej". Natomiast w komunikacji z samolotem oni właściwie tego nie komunikują.

Piotr Łukaszewicz: Formalnie zakomunikowali, podając warunki, jakie panują na lotnisku, mówiąc o podstawie chmur, o widzialności. Natomiast mnie zdecydowanie zabrakło w tym przekazie jednoznacznie wyrażonej opinii, informacji o tym, że na lotnisku nie ma warunków do lądowania.

Konrad Piasecki: Czy takie ludzkie, mniej formalne powiedzenie: "Panowie, nie lądujcie, panowie, tu jest naprawdę źle", jest w ogóle w komunikacji między samolotem a wieżą dopuszczalne?

Piotr Łukaszewicz: Zarówno załoga, jak i kontrolerzy ruchu lotniczego mają obowiązek bezwzględny podjęcia wszystkich możliwych działań, aby zapewnić bezpieczeństwo. W tej określonej sytuacji taka korespondencja, taka informacja, byłaby jak najbardziej na miejscu.

Konrad Piasecki: Pana, jako pilota, powiedzenie: "Jest ogromna mgła, warunki są dramatyczne" - skutecznie by odstręczyło od próby lądowania?

Piotr Łukaszewicz: Sądzę, że bardzo, bardzo głęboko zastanowiłbym się, czy rzeczywiście podejmować ryzyko nawet schodzenia, podejścia do lądowania. Zwłaszcza mając informację tę, którą przekazali koledzy, którym nieco wcześniej udało się wylądować.

Konrad Piasecki: Jest jakieś usprawiedliwienie dla wieży i jest jakieś usprawiedliwienie dla nieumieszczenia opisu zachowań wieży w raporcie MAK?

Piotr Łukaszewicz: Panie redaktorze, jeżeli mówiłbym, czy jest, czy nie ma usprawiedliwienia, wydawałbym opinię, oceniałbym, wskazywałbym odpowiedzialność. Mówmy o faktach. Faktem jest, że załoga nie otrzymała tych wszystkich informacji, które umożliwiłyby jej bezpieczne lądowanie i podjęcie racjonalnych decyzji.

Konrad Piasecki: I faktem jest też, że w przypadku wszystkich innych lądowań, bo widzimy je w stenogramach, wieża zachowuje się dość dziwnie, dość pasywnie. Na przykład nie żąda od pilotów Ił-a i Jak-a podawania wysokości, jaką mają w danym momencie podchodzenia do lądowania.

Piotr Łukaszewicz: Zdecydowanie tak. Jeden z pierwszych zarzutów podniesionych przez kontrolerów na samym początku postępowania, czy krótko po tym, jak wydarzyła się katastrofa było zdziwienie, czy też zarzut, że polska załoga tupolewa nie kwitowała wysokością. W sytuacji, w której załoga Iła-76 dwukrotnie podchodziła do lądowania, pomiędzy 10 km a dalszą, w ogóle nie prowadziła żadnej korespondencji i ani razu nie otrzymała informacji o tym, czy jest na ścieżce, czy poza nią.

Konrad Piasecki: A czy sprzęt, urządzenia radiolokacyjne na lotnisku w Smoleńsku mogą być tak złe, że kontrolerzy nie widzą jak wysoko jest samolot? Czy to może być wyjaśnienie tej zagadki, dlaczego oni nie mówią, że samolot jest albo nad ścieżką albo pod ścieżką?

Piotr Łukaszewicz: Sprzęt, który jest na tym lotnisku, który był pokazywany w telewizji powinien umożliwić określenie położenia samolotu, na ścieżce zniżania i w stosunku do osi lądowania. Natomiast fakt jest taki, że nie wiemy co pokazywały wskaźniki, nie wiemy co widzieli kontrolerzy, ponieważ nie zachowały się żadne zapisy z rejestratorów, nie zachowały się zdjęcia z aparatów fotograficznych, czy też zapis z kamery wideo, co było bezwzględnym obowiązkiem, aby rejestrować to co pokazywały ekrany radarów, przez prowadzenie do lądowania w minimalnych warunkach atmosferycznych jest obowiązkowe.

Konrad Piasecki: Te radary mogły być wyłączone, albo mogli na nie nie zwracać uwagi?

Piotr Łukaszewicz: Mogło się dużo rzeczy zdarzyć. Mogły być wyłączone, mogły źle pokazywać, mogli nie zwracać uwagi, ale to są tylko i wyłącznie spekulacje.

Konrad Piasecki: Jest jeszcze jakaś dręcząca pana zagadka katastrofy smoleńskiej?

Piotr Łukaszewicz: W rzeczy samej, w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło załogę, która pomimo tych wszystkich jednoznacznych braków w informacjach, zdecydowała się podchodzić do lądowania w takich warunkach. Jak bardzo musieli być zdeterminowani, żeby wykonać to zadanie?

Konrad Piasecki: A nie zastanawia pana, dlaczego w kokpicie samolotu dwukrotnie padają komendy "odchodzimy ", a mimo to ten samolot cały czas opada?

Piotr Łukaszewicz: To co powiem, będzie spekulacją, to jest niewątpliwie w dalszym ciągu przedmiotem badania komisji. Jaki wpływ miało wykorzystanie autopilota na zaplanowane przez dowódcę załogi odejście na drugi krąg w automacie. Pytanie czy automat zadziałał, jeżeli został naciśnięty przycisk uruchomienia odejścia i kiedy załoga zorientowała się, że nie działa i przeszła na sterowanie ręczne. To, co wiemy na pewno, to że zrobili to za późno.

Konrad Piasecki: A czy to jest tak, że jak się naciska ten przycisk odejścia w automacie, to brak reakcji samolotu jest natychmiast odczuwalny przez pilota?

Piotr Łukaszewicz: Trudno jest mi powiedzieć, ale sądzę, że jego zachowanie się nie zmienia. Myślę, że w bardzo krótkim czasie powinna nastąpić reakcja w postaci wyrównania toru lotu, czyli przerwania zniżania i zwiększenia obrotów silnika. To są reakcje, które są zauważalne, a przynajmniej powinny być.

Konrad Piasecki: Próbuję porównać to do reakcji kierowcy w samochodzie. Kiedy wciskamy gaz i obroty nie zaczynają się zwiększać, to słyszymy to w ciągu sekundy, dwóch, trzech. Zastanawiam się czy w samolocie jest podobnie?

Piotr Łukaszewicz: W samolocie jest podobnie, tylko musimy mieć świadomość, że w końcowym momencie lotu ten samolot zniżał się z bardzo dużą prędkością, o wiele za dużą prędkością w stosunku do tego, z jaką powinien i to wszystko, co się działo, działo się bardzo szybko. Powstał więc deficyt czasowy, który był nie do nadrobienia.

Konrad Piasecki: A jak potężny ten deficyt czasowy był? Ile sekund zdecydowało o tym, że doszło do tragedii?

Piotr Łukaszewicz: Wszystko, co się wydarzyło, wydarzyło się od momentu wydania komendy "odchodzimy" do momentu zderzenia z drzewem.

Konrad Piasecki: Kilkanaście sekund.

Piotr Łukaszewicz: Maksimum.

Konrad Piasecki: A da się w tych kilkunastu sekundach znaleźć takie, które sprawiłyby, że szybsza reakcja uratowałaby życie 96 osób?

Piotr Łukaszewicz: Mam głębokie przekonanie co do jednej rzeczy. Gdyby ten samolot zniżał się z prawidłową prędkością i był na wysokości 100 metrów nad poziomem lotniska, i w tym momencie zapadłaby decyzja o przejściu na drugi krąg i zostałaby wprowadzona w odpowiednim czasie, to na pewno załoga i pasażerowie mieliby szanse na to, by przeżyć.

Konrad Piasecki: Ile winy po stronie rosyjskiej, ile winy po stronie polskiej?

Piotr Łukaszewicz: Tradycyjnie uchylam się od odpowiedzi na pytania o winie. Mówimy o faktach, a fakty są takie, jak komisja stwierdziła i jak je tutaj przedstawiliśmy.