Po ostatnim wpisie tutaj na blogu, na moim koncie na Facebooku rozgorzała intensywna dyskusja o oklaskach, którymi część pasażerów wieńczy szczęśliwe lądowanie. Odradzałem to rozwiązanie i nadal, nawet po przeczytaniu wielu interesujących argumentów - odradzam. Ta skądinąd ciekawa rozmowa sprowokowała mnie jednak do powiedzenia paru zdań o zasadach savoir-vivre’u jako takich.

REKLAMA

Przejrzałem niedawno swoje kolejne wpisy na rmf24.pl i zauważyłem, że pod każdym tekstem można kliknąć "tak" lub "nie". Każde słowo zabawnie obrazuje ręka z kciukiem wyciągniętym w górę lub w dół, jedna na zielonym tle, druga - jarząca się na czerwono. Przypomina mi to gest cesarza z czasów walk gladiatorów, kiedy w ten sposób decydował o życiu przegranego. Zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę ocenia się pod wpisem o kolejnych zasadach savoir-vivre’u? Czy "tak" jest wyrazem akceptacji danej zasady, a "nie" - odrzucenia? Czy też owo "tak" to aprobata stylu autora, a "nie" to komunikat, że artykuł czytało się źle? Czy też "tak" to mimowolny efekt dobrego humoru, a "nie" - chandry czytelnika?

Zasady savoir-vivre’u nie są po to, by kogokolwiek zniewalać, by zabraniać, by mówić nie. Każdy z nas jest wolnym człowiekiem i może zrobić co tylko chce. Zasady, które popularyzuję istnieją zaś po to, by ułatwiać nam życie. Proszę pomyśleć o nich jak o języku, czyli narzędziu, które pozwala nam się porozumieć, dogadać, informować siebie nawzajem o naszych stanach, odczuciach, potrzebach itd. Te zasady nie sprzeciwiają się wolności nikogo z nas.

Popularyzator czy ekspert to nie kapłan, zaś dziedzina savoir-vivre’u to nie religia ani kodeks karny. Savoir-vivre czy etykieta w biznesie to wiedza, która przydaje się w codziennym życiu każdego z nas. Proszę spojrzeć na te zasady jak na "know-how". Chociaż tą tematyką zacząłem się interesować dosyć wcześnie, jeszcze w szkole podstawowej, szybko odkryłem, że muszę swoją wiedzę pogłębiać, bo tego wymagała ode mnie sytuacja w życiu osobistym i zawodowym. Dziś wiem, że była to najlepsza inwestycja.

Zachęcam, by każdy pomyślał o tzw. oficjalnych sytuacjach w swoim życiu: o tym, kiedy po raz pierwszy wręczał komuś kwiaty, kiedy po raz pierwszy spotykał się z rodzicami swojej narzeczonej, kiedy szedł na rozmowę kwalifikacyjną, kiedy pojawiał się na obiedzie z niemałą torbą, którą trzeba było gdzieś położyć, kiedy zaręczał się w czasie romantycznej kolacji w restauracji, kiedy debiutował na spotkaniu z klientem, kiedy po raz pierwszy w życiu wymieniał wizytówkę czy kiedy składał kondolencje przyjacielowi z powodu śmierci jego matki. A teraz proszę odpowiedzieć na pytanie, czy pojawiały się wtedy wątpliwości "jak to zrobić?".

Raz jeszcze powtórzę: można postąpić tak, jak tylko się chce. Można - jak w dowcipie z brodą - włożyć do trumny pod poduszkę pudełko czekoladek, bo kwiaciarnia była już zamknięta... Ale jeśli się chce, żeby ktoś rozpoznał nas jako ludzi kulturalnych, obytych czy po prostu bezobciachowych - dobrze mieć w zanadrzu gotowe odpowiedzi na kłopotliwe pytania. Dzięki temu w każdej sytuacji będziecie myśleć o tym, o czym powinniście: na romantycznej kolacji o waszym partnerze, a na kawie z klientem o biznesie, nie zaś, kiedy i gdzie po jedzeniu odłożyć serwetę czy kto powinien zapłacić rachunek.

Wróćmy do oklasków... Brawa podkreślają nasz zachwyt czymś, co jest niecodzienne, niezwykłe, inne, stąd przypisane są teatrowi, operze, filharmonii itd. Szczęśliwe lądowanie, tak samo jak szczęśliwy dojazd do celu autobusu czy tramwaju jest zamierzonym efektem pracy pilota, kierowcy czy motorniczego. Zasada mówi o tym, że w takiej sytuacji dziękujemy. I tyle, nic więcej. A co każdy z nas zrobi - jego sprawa. Przecież w samolotach ani na ulicach nie ma policji dobrych manier. Jeden z rozmówców przytacza historię swojego lądowania, które o mało co nie zakończyłoby się katastrofą. Jak pisze, po szczęśliwym finale brawa bili wszyscy. Zapewniam, sam by się do nich przyłączył. To logiczne.

Lwia część zasad, o których chcę tutaj pisać to gotowe scenariusze naszych zachowań. Można je potraktować bardzo twórczo - rozwijać, mnożyć przez własną osobowość i poczucie humoru. Byle nie wylać dziecka z kąpielą. Część z nich jest dziś już anachroniczna i warto pomyśleć o ich reinterpretacji czy przystosowaniu do wyzwań współczesności. Ale proszę mi uwierzyć w jedno: nie ma sensu - jak to zrobił bohater jednego z opowiadań Petera Bichsela - nazywać stołu dywanem, łóżka obrazem a krzesła budzikiem. "Nie jest to wesoła historia. Zaczęła się tragicznie i skończy się tragicznie. Staruszek w szarym płaszczu nie rozumiał już ludzi. Może nie było to najgorsze; gorzej, że ludzie nie mogli jego zrozumieć. Dlatego też nie mówił już nic. Milczał. Rozmawiał tylko ze sobą i nawet nie pozdrawiał już nikogo" - pisze szwajcarski autor.

W tym tygodniu swój finał znajduje jedna z wielu historii, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że to, co robię ma sens. Prowadzę indywidualne szkolenie z etykiety dla trzydziestokilkuletniego właściciela firmy z branży gastronomicznej, którego poznałem na prowadzonej kiedyś gali biznesowej. Zadzwonił do mnie trzy tygodnie temu i powiedział: "Wyjeżdżam do Włoch na targi. Muszę wiedzieć, jak dobrze wypaść. Znam cię, przyglądam się Twojej karierze, chciałbym się spotkać". A ja dla takich osób chcę pisać tego bloga - dla tych, z którymi mogę się dzielić swoją wiedzą i receptami na mniejsze i większe sukcesy: te towarzyskie i zawodowe, dla wszystkich ciekawych, otwartych, odważnych i tych, którzy potrafią się do siebie nawzajem uśmiechać.