Wybory - święto korporacji politycznej

Piątek, 23 października 2015 (14:15)

Zwykle wybory uznawane są nie bez racji, za święto demokracji. Obywatele wybierają swoich przedstawicieli, powierzając im sterowanie wspólnymi sprawami. Godne to i sprawiedliwe. Na wybory można jednak spojrzeć także jak na przetasowanie władz korporacji politycznej, która dzięki ustalanym przez siebie samą regułom sprawuje rządy niezależnie od czyjejkolwiek woli. Może nawet tak na nie patrzeć trzeba.

Wybory faktyczne

Trzonem tej kilkusetosobowej korporacji jest grupa zaledwie kilku liderów, którzy dzięki pozycji, jaką zapewniają im ich partie, przez decydowanie o kształcie list wyborczych mają wpływ na dobór tych, którzy przez kolejne lata będą zasiadać w Sejmie. Używane przy tym mechanizmy są różne, zależą w dużym stopniu od statutów partii i autorytetu, ale też w niebagatelnym od intryg czy sytuacji zewnętrznej, w jakiej partia się znajduje, z winy lidera bądź bez niej.

W wielu partiach stawia się na formowanie list wyborczych "od dołu", przez struktury terenowe, jednak niemal w żadnej decydującego głosu nie ma kierownictwo ugrupowania, co często de facto oznacza ostateczny i nieodwołalny głos lidera.

 Iluzja wyboru

Sformowane w takich warunkach listy wyborcze poddawane są następnie osądowi wyborców, którzy dzięki umiejętnie prowadzonej kampanii nabierają przekonania, że to do nich należy wybór. Zakreślają więc w dniu wyborów odpowiednie nazwiska i w tym przekonaniu czekają na rezultat swojego faworyta.

Świadomość, że na kogokolwiek z liczącej kilkanaście osób listy danego ugrupowania zagłosują nie ma istotnego znaczenia - nie jest przy tym głosowaniu, mówiąc eufemistycznie refleksją dominującą. Głos oddany jest bowiem na całą listę, a największe szanse na wybór mają zwykle pierwsze osoby na tej liście. Te wskazane przez liderów przy tworzeniu list.

Mechanizm replikacji

Sprowadza się do wskazywania przez liderów postaci niekoniecznie charyzmatycznych i niezależnych, a raczej takich, które gwarantują utrzymanie wpływów liderów korporacji. Tak wygląda to w skali parlamentarnej. W skali krajowej wyborcy nie tyle zaś dokonują wyboru, co zatwierdzają takie akurat decyzje przewodniczących i prezesów partii, żywiąc przy tym przekonanie, że to oni je podjęli.

Skład Sejmu zaś po przepuszczeniu przez tę maszynkę pozorów jeśli się zmienia, to bardzo nieznacznie. By z Sejmu wypaść, trzeba zgromadzić potężny kapitał niechęci, a i tak świadomi tego liderzy ostają się w nim w szalupie z "jedynek" na listach, i trzeba naprawdę kataklizmu jaki spotkał kiedyś AWS, by przepadli na dłużej.

Wszystko w obrębie korporacji

Klasa polityczna, którą nazywam tu korporacją, także ze względu na niechęć do przyznawania jej twórcom i uczestnikom klasy replikuje się także niezależnie od woli swoich pierwotnych liderów. Pozostanie w składzie korporacji jest dla wielu znacznie istotniejsze niż przynależność do jakiejś grupy, partii, czy koalicji, po których ktoś naiwny spodziewałby się może kierowania się zasadami ideowymi, etycznymi czy jakimikolwiek innymi.

Minister w rządzie PO może być kandydatem na ministra PiS tak samo, jak minister z rządu PiS szefem MSZ i Marszałkiem Sejmu z ramienia PO. Polityk w 2011 z PO dziś może kandydować z listy PSL, a jego kolegą może być na niej były poseł Ruchu Palikota. Kiedyś szefowa sztabu Jarosława Kaczyńskiego i członek jego rządu dziś może być ministrem w rządzie PO dokładnie tak samo, jak ministrem w tym rządzie mógł być przez lata były polityk SLD. Doradca PR-owy pani premier, który kilka lat temu był doradcą prezesa konkurencyjnego ugrupowania równie gorliwie, jak gorliwie dziś sekunduje PO znany mecenas, a kiedyś szef jednej z konkurencyjnych partii, służalczy do granic groteski europarlamentarzysta z równą swadą broniący dziś tego, czemu się sprzeciwiał nosząc krawat w szczególne paski...

Nie podaję nazwisk, bo są powszechnie znane, a te dziwaczne kariery tak bardzo nam spowszedniały, że skoro nikomu to nie wadzi - najwyraźniej skołowany wyborca uznał, że może tak być. Całe opisane grono swoim od lat istnieniem w polityce potwierdza, że dla replikowania się korporacji politycznej nie jest istotna identyfikacja partyjna. Powielanie się 2/3 składu Sejmu przez kolejne kadencje potwierdza to jeszcze dobitniej.

Korporacja rękę myje

Istotne wydaje się pytanie, po co korporacja istnieje. Że dla siebie i własnych korzyści - to odpowiedź prosta i trafna, warto się jednak tym korzyściom przyjrzeć. Po wyborach każdy Sejm dzieli się na rządzących i opozycję. Rządzący mogą wykorzystywać swoje większe wpływy dla różnych celów, nie zawsze związanych z dobrem publicznym. Bywają na tym drugim łapani.

Myliłby się jednak ten, kto przypisałby przesadną chęć takiego łapania opozycji. Na czymś widowiskowym jak zegarek ministra - chętnie, ale na poważniejszym - już niekoniecznie. Łapaniem zresztą de facto zajmuje się prasa, a choćby obserwacja późniejszych poczynań polityków świadczy o tym, że najchętniej robią głównie konferencje, infantylnie żądające rozliczenia afer, o których właśnie przeczytali w gazecie.

Sami dla siebie

W korporacji bowiem wszyscy muszą pamiętać, że pełnione role mogą się zmienić. Rządzący może stać się kiedyś uważnie patrzącym na ręce aktualnej opozycji. W obrębie korporacji nie warto więc przesadzać z rozliczaniem. Bo za kilka lat można samemu być członkiem partii, którą się krytykuje, a i tak prasa spełnia swoją kontrolną rolę znacznie sprawniej i niezależnie od woli korporacji.

Opisując rządzącą aktualnie część korporacji nie należy pomijać tych, którzy są wówczas w opozycji. Ich korzyści, czerpane z zasiadania w Sejmie mają mniejszy rozmach niż w wypadku rządzących, dają jednak większą swobodę. To one pozwalają zwiedzać służbowo świat, rozwalać melexy, spierać się z paniami świadczącymi usługi intymne, dorabiać sobie umiejętnym rozliczaniem przelotów, delegacji, kilometrówek - wszystko to raczej bez szczególnego nadzoru publicznego, bo na ręce patrzy się głównie rządzącym... Żeby było zabawniej - spodziewamy się zwykle, że to właśnie opozycja będzie kontrolować. To, że sama wymaga kontrolowania to także efekt istnienia korporacji, w której gdyby nie prasa - czułaby się zupełnie nietykalna.

Swoją drogą kolejnym dowodem na korporacyjną solidarność jest to, że jak długo brudy nie zostaną wyciągnięte na światło dzienne przez kogoś z zewnątrz - tak długo pozostają w ukryciu, wewnątrz korporacji.

Posłowie na siebie nie donoszą

A na pewno nie w sprawach, dotyczących wewnętrznego życia korporacji. Podobne do madryckiej wyprawy posłów trwały całe lata - i żaden z wydelegowanych w te same miejsca posłów innych partii nie ujawniał zaniepokojenia tym, co musiał widzieć. Podobnie żaden z posłów nie przyznaje, że im głębiej w popołudnie i wieczór w czasie posiedzenia Sejmu, tym bardziej chód niektórych wybrańców narodu staje się chwiejny, a okazywane emocje - bardziej wyraziste.

Nikt z korporacji nie podkreśla, jak wygodne jest życie ludzi, którzy w ciągu trzech dni posiedzenia Sejmu odbywają czasem ponad sto posiedzeń komisji, a potem mają 11 dni dla siebie. Nie eksponuje się faktu, że komisje pracują często równocześnie, co uniemożliwia posłom uczestnictwo we wszystkich posiedzeniach, na których powinni być. Nie wspomina się, że skoro posłowie są w największej części posłami zawodowymi - mogliby pracować w komisjach między posiedzeniami całego Sejmu, a nie w ich trakcie. Korporacja bardzo niechętnie też przyznaje, że większość uchylających decyzje Sejmu wyroków Trybunału Konstytucyjnego wynika wprost z bylejakości w stanowieniu prawa, a ona - z wygodnictwa posłów i fatalnej organizacji pracy.

Korporacja rządzi

Bycie członkiem korporacji, której skład na następne cztery lata wybierzemy w niedzielę powinno nobilitować, a sama korporacja powinna tak ich dobierać, żeby jej prestiż rósł, a nie spadał. Niestety, opisane wyżej mechanizmy i zjawiska nie tyle nawet ujawniają, że tak nie jest, co wyłącznie uzasadniają to, dlaczego ani bycie posłem nie jest uznawane za wielki honor i objaw zaufania, ani prestiż Sejmu nie odpowiada temu, jak chcielibyśmy o nim myśleć.

Artykuł pochodzi z kategorii: Tomasz Skory - komentarze

Tomasz Skory