Ten kondukt był czymś równie niebywałym, jak katastrofa, która go spowodowała. Obserwujemy historyczne chwile.

Obserwując przejazd trumny ze zwłokami Prezydenta Kaczyńskiego przez ulice Warszawy nie mogłem się wyzbyć wrażenia, że obserwuję coś, czego nie zobaczę już nigdy. Z pewnością nie chciałbym już podobnych obrazów oglądać, i wierzę, że podobny kataklizm Państwa nie przytrafi się nie tylko Polsce, ale w ogóle nikomu i nigdy.

Rzecz jednak w tym, że takiej rangi wydarzenia historyczne omijają całe pokolenia. Nam się trafiły, ale podobnych doznań nie doświadczył dotąd nikt, i trudno sobie wyobrazić, że coś podobnego się powtórzy. To, co obserwowaliśmy dziś bywa porównywane do tego, co działo się po śmierci Jana Pawła II. Podobieństwo jest jednak powierzchowne - Papieże także umierają, i nie umierają śmiercią tak gwałtowną i w tak dramatycznych okolicznościach.

Polska straciła Prezydenta, głównych urzędników jego Kancelarii, kilkunastu parlamentarzystów, zwierzchnictwo duchowieństwa wojskowego, dowódców wszystkich rodzajów wojsk i szefa Sztabu Generalnego, Prezesów NBP, PKOl, Rzecznika Praw Obywatelskich, trzon organizacji, pieczołowicie pielęgnujących tożsamość narodową... słowem - elitę.

I stało się to pod Smoleńskiem, 70 lat od ofiary, jaką złożyli tam ze swojego życia polscy oficerowie. Fatum, przekleństwo, głód polskiej krwi w katyńskiej ziemi? Nie wiem, i niespecjalnie chcę wiedzieć. Stało się, a związanej z tymi wydarzeniami symboliki nie sposób uniknąć.

Zapamiętajmy to. Nie tak, jak inne doniosłe wydarzenia dla kraju, czy dla nas osobiście. Skala porównywania Katastrofy 10 kwietnia z czymkolwiek innym - nie istnieje. Porównań nie ma.

Zapamiętajmy dlatego, że przytrafiło nam się coś, czego nie doświadczy zapewne nikt i nigdy. Pamiętajmy okoliczności, kiedy dotarł do nas ogrom straty i świadomość jej następstw. Zapamiętajmy swoje wpisy w księgach kondolencyjnych, zachowajmy zdjęcia z warszawskiej ulicy, wyjrzyjmy przez okno.

Tylko my bedziemy mogli powiedzieć - "byłem tam wtedy".