Baronowie Platformy kontra... Platforma

Poniedziałek, 3 sierpnia 2015 (13:30)

Żenujące spory wokół tworzenia list wyborczych sprawiają, że sytuacja w Platformie Obywatelskiej zmierza do gwałtownej konfrontacji wewnętrznej albo do klęski. Dla obserwatorów tej partii taki stan nie jest niczym nowym. Nowe dla PO jest jednak to, że jedno nie wyklucza drugiego.

W partii rządzącej wrze wokół formowania list wyborczych. Partyjne doły burzą się przeciwko decyzjom o umieszczaniu na jedynkach osób skompromitowanych, władze uspokajają, wyborcy nie rozumieją nic. Działacze lokalnych struktur pasjami piszą do władz partii listy, wykazujące niestosowność stawiania na byłego działacza PZPR, pominięcia prężnego działacza młodzieżówki, doceniania byłego prezesa Ligi Polskich Rodzin, byłego działacza skrajnego Ruchu Palikota... ot, demokracja.

Chcieli, to mają

Platforma z ruchu dającego się opisać wizerunku ideowego na swoich listach wyborczych staje się zlepkiem postaci motywowanych głównie lojalnością osobistą. Wobec przewodniczącej, lokalnego barona, szefa frakcji. Każda z tych wpływowych postaci zabiega o jak najwyższe miejsce na liście wyborczej. Powód tych ambicji wydaje się jednak tyleż naturalny, co wprawiający w zakłopotanie osoby, liczące na społecznikowską pasję i oddanie sprawom publicznym u kandydatów.

Po prostu histeria

Kiedy się wygrywa, miejsca na liście nie mają dużego znaczenia, bo dzięki faworyzującej duże partie ordynacji wyborczej można liczyć na premię za zwycięstwo w całym kraju. Ten etap nonszalancji PO ma już jednak za sobą. Dziś Platforma czuje, że w wyborach może ponieść klęskę, stąd walka o wysokie miejsce na liście kandydatów to w istocie często walka o kolejne 4 lata życia za wciąż godne i dość okazałe uposażenie i pewną poselską dietę.

Kłopot szefowej czy kłopot z szefową?

Ewa Kopacz kilka miesięcy temu publicznie przeprosiła wyborców PO za udział w aferze podsłuchowej kilku szefów regionów partii. Im samym jednak chyba nie dość wyraźnie dała do zrozumienia, że oczekuje ich odejścia. Panowie Biernat, Gawłowski, Karpiński i Tomczykiewicz udają więc, że nie pojęli tego, co pojął Radek Sikorski i nadal garną się do Sejmu. Ich regiony bez większego skrępowania i nie bacząc na przeprosiny szefowej umieszczają ich nazwiska na najgodniejszych miejscach swoich list wyborczych. Ewa Kopacz spróbuje ich może stamtąd "wyciąć" decyzją władz partii, wcale jednak nie jest pewne, czy ma na to dość siły. Może się okazać, że "ot, demokracja" głosami większości we władzach uzna, że projektowany przez szefową partii, oczyszczony jej wizerunek to fajna rzecz, ale to przecież nie powód, by pozbywać się postaci tak zasłużonych i mających tak okazałe wsparcie struktur lokalnych.

Test na schizofrenię

Całkiem możliwe, że oprócz ostrej konfrontacji wewnętrznej partię czeka w dużym stopniu z niej właśnie wynikająca klęska wyborcza. Najwierniejsi nawet sympatycy Platformy od dawna już czują dyskomfort, kiedy obserwują, jak w imieniu PO głos zabierają postaci tak dla nich kontrowersyjne jak Michał Kamiński czy Roman Giertych. Przyjęcie przez nich przeprosin za to, co istotni liderzy PO wygadywali przy restauracyjnych stolikach trudni będzie pogodzić z głosowaniem na tych liderów. Trudno się oprzeć wrażeniu, że wynikający z obecnie dyskutowanego kształtu list wyborczych PO przekaz, jaki ma ona dla swoich zwolenników to jakiś osobliwy test na to, jaki stopień schizofrenii są w stanie znieść, a przy jakim puszczają im bezpieczniki i odchodzą.

Wojna przed i po wyborach

Warto rozważyć, jakie mogą być następstwa utrzymania platformianego rozkojarzenia. Niezależnie zresztą od wyniku wyborów. Jeśli decyzją władz partii a na przekór baronom z list PO znikną postaci tyleż kontrowersyjne co mocne w terenie - partia będzie poważnie osłabiona, acz w miarę jednolita. Chyba, że urażone struktury lokalne zdecydują się na niemądre kroki, i to jednak partia przetrzyma.

Jeśli jednak do Sejmu wejdą niechciani przez sporą część wyborców i obarczeni "taśmowym garbem" baronowie, a do tego słaba, bo nie potrafiąca się ich pozbyć przewodnicząca - konflikt wewnętrzny będzie kontynuowany także po wyborach. Z trudnym do przewidzenia, choć pewnie mniej lub bardziej opłakanym skutkiem.

Ludzie PO zaś o wszystkim tym decydują sami. Sami też ponoszą konsekwencje.

Ot, demokracja.

Artykuł pochodzi z kategorii: Tomasz Skory - komentarze

Tomasz Skory