Prezydent zarabia 20 tysięcy złotych brutto, premier 17. Razem zarabiają tyle, ile za miesiąc pracy średnio dostaje każdy z kilkunastu dyrektorów NBP. Żeby ustalić ile dokładnie zarabiają - znów potrzeba ustawy.

REKLAMA

Po dobroci? Nie ma mowy!

Nasze państwo heroicznie rozwiązuje kolejny problem, który stworzyło. Po kilku tygodniach bezskutecznej medialnej młócki posłowie wymyślili to, co zwykle, kiedy pojawia się kłopot - ustawę. Dopiero najwyższy po konstytucji akt prawny może wymusić na Narodowym Banku Polskim zachowanie najoczywistsze, kiedy wokół zarobków dwóch zaledwie (!) jego urzędniczek zaczęto stawiać publiczne, natarczywe pytania.

Gdyby ktokolwiek próbował podtrzymać na tej podstawie zapowiedzi dziś rządzących, że będą działać transparentnie i jawnie, uczciwie i zdecydowanie inaczej niż poprzednicy - wyszedłby chyba na durnia.

Na własne życzenie

Wzięci w ostatnich dniach do galopu rządzący dali się zaskoczyć tak bardzo, że jeszcze wczoraj gotowi byli poprzeć projekt ustawy o jawności, przedstawiony przez opozycję. Dziś zapowiadają już własny. Ba, chociaż on jeszcze nie istnieje - już podają terminy jego uchwalenia. Na przyszły tydzień, a co!

Wszystko to w obliczu krnąbrnego prezesa NBP, który od tygodni unika podania prostych danych o zarobkach w kierownictwie banku centralnego. Z mocy prawa publikowane są oświadczenia majątkowe dziesiątków tysięcy urzędników wszelkich szczebli, ale w wypadku NBP jego prezes - odmawia. Odmawia nawet szefowi rządzącej partii: Chyba, że uchwalicie ustawę. Wtedy proszę bardzo! - mówi otwartym tekstem prezes NBP.

Na problemy - ustawa!

Tę procedurę ćwiczymy do znudzenia od lat. Jest kłopot z cenami prądu? Uchwalmy szybciutko jakąś ustawę. Problem z ustawą, którą spartoliliśmy? Uchwalmy kolejną! Kłopot z nagrodami ministrów? Z przepisami o IPN? Sądami? Ustawa, ustawa, ustawa! Szybko, w kilka godzin, bez wchodzenia w szczegóły. Potrzeba chwili. Oczekiwania społeczne. Sytuacja na rynku, wymagania międzynarodowe, ważny interes publiczny.

Systemowa improwizacja

Rozwiązywanie ustawami problemów, które spokojnie można dałoby się załatwić w inny sposób, przy minimalnym zaangażowaniu tzw. dobrej woli stało się standardem. Przy okazji dowiadujemy się, że ścianą, po dojściu do której zatrzymuje się prezes Kaczyński - jest prezes Glapiński. Że ściana ministra Ziobry to TSUE, a ministra Tchórzewskiego - jasne formułowanie przepisów.

Dowiadujemy się, że wszystko jest z grubsza ogarnięte i stabilne - chyba że akurat wystąpi potrzeba rozwalenia tego. Już wiemy, że ASF to głównie dziki, które można wystrzelać, kornika drukarza zwalcza się wycinką puszczy, na posiedzenia Sejmu można nie wpuścić części posłów, za projekt przygotowany przez resort odpowiada dymisją jego wiceminister itp.

Wiemy też, że niemal za wszystko, a zwłaszcza za ceny energii w 2019 odpowiada partia, która straciła władzę w 2015.

I że najlepszym lekarstwem na wszystko jest napisana na kolanie i przyjęta w parę godzin ustawa.

Nawet jeśli zamiast niej wystarczyłoby najzwyczajniej pokazać oświadczenia majątkowe kilku osób.