O katastrofie smoleńskiej wiemy w Polsce znacznie więcej, niż w 50-minutowym filmie mogli zmieścić twórcy filmu, na który czekało wielu Polaków. Wielu się na filmie Kanadyjczyków zawiodło, wielu oburzyło jeszcze przed jego obejrzeniem. Mało kto jednak myślał o nim jak o kolejnym odcinku telewizyjnego serialu. A tym w istocie był film National Geographic Channel.

REKLAMA

Jak bardzo niedorzeczne jest oczekiwanie, że autorzy spełnią oczekiwania kogokolwiek w Polsce, uświadomiłem sobie już w pierwszych minutach filmu - kiedy narrator w nieco łopatologiczny sposób przedstawiał powody, dla których polska delegacja leciała do Katynia, i całą sprawę Katynia, która dla nas, Polaków, jest oczywista i znana, ale dla widzów National Geographic Channel to raczej historyczna ciekawostka lub po prostu abstrakcja, odpowiednio zresztą na użytek światowego widza podkręcona, bo z wizyty polskiego prezydenta w Katyniu robiąca wydarzenie nadzwyczajne, podczas gdy my wiemy, że niezupełnie tak było.

Potem zobaczyłem Konstantego Geberta - który miał na szczęście dość samokrytycyzmu, by później przyznawać, że nie ma o lotnictwie pojęcia, upozowanego na walczącego z myślami w przeddzień opublikowania swojego raportu Jerzego Millera i przerażającą w swojej prostocie rekonstrukcję rozbicia maszyny.

Następnie usłyszałem kilka sformułowań, których użycie wymagało chyba dokładniejszego przemyślenia: "kontrowersyjna rocznica" (!?) o rocznicy, "elitarna załoga" o pilotach bez uprawnień, "samolot był oczywiście cywilny" o należącej do armii maszynie z wojskowymi pilotami, szachownicą Sił Powietrznych na burcie i Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych na pokładzie - każde z nich osobno mogłoby być podstawą do dyskusji dłuższej niż ten film i raczej dla niego niepochlebnej. Zobaczyłem wreszcie uproszczony, popularnonaukowy, na użytek społeczeństw Zachodu sposób dociekania prawdy o wydarzeniach. Na pewno nie przesadnie dociekliwy, a z pewnością uproszczony dla potrzeb filmu, gdzie milczący Rosjanin chodzi w skórzanej kurtce, a ubrani jak agenci FBI Polacy chodzą i wszystkiemu się uważnie przyglądają.

Przedstawiona przez film wersja wydarzeń opisuje obie znane wersje przebiegu i powodów katastrofy: MAK-owską i Millerowską. O spiskowych zaledwie wspomina, bo nikt chyba nie wie, czy mgławica ustaleń niezależnych i niekorzystających z oficjalnych danych ekspertów składa się w jakąś całość, czy może wybuchy na pokładzie konkurują w ich wizjach z wykręceniem w nim korków i rozpyleniem gazu. Pada w filmie kilka sformułowań tyleż zręcznych, co niezupełnie udokumentowanych. "Nikt nie chciał rozczarować prezydenta", "użycie radiowysokościomierza zgubiło wszystkich", "kontrolerzy i załoga stali się więźniami sytuacji" - brzmi to dobrze w filmie paradokumentalnym, poza nim jednak, np. napisane jak tutaj, jest co najmniej zastanawiające, a pozostaje niewyjaśnione.

Ogólnie zaś film National Geographic Channel jest tym, czego można się było spodziewać po kolejnym odcinku serii "Śmierć w przestworzach": przystępnym i sprawnym przedstawieniem najbardziej prawdopodobnych przyczyn kolejnego wypadku lotniczego. Świat obejrzy go z niewiele tylko większym z uwagi na osoby zabitych zaciekawieniem niż pozostałe.

A my, Polacy - zapewne z zawodem. Że nie ma słowa o Tusku i Putinie, rozdzieleniu wizyt, trotylu, Arabskim, Klichu... i całej masie osób i zjawisk, które w filmie pominięto, bo nie obchodzą nikogo na świecie, a w Polsce też nie wszystkich.

To jednak nasz polski, wewnętrzny problem. Dla produkującego już pewnie kolejne odcinki serii National Geographic Channel sprawa katastrofy smoleńskiej jest zaś już zamknięta.

Czy nam się to podoba, czy nie.