Gdyby uchwalona przez Sejm ustawa o ochronie zwierząt trafiła do podpisu prezydenta w jej obecnym kształcie, Andrzej Duda skierowałby ją do Trybunału Konstytucyjnego – twierdzą źródła w Pałacu Prezydenckim. Takie podsumowanie konsultacji prowadzonych przez prezydenta w sprawie ustawy nie jest już ostrą zapowiedzią weta. Jest jednak bardzo prawdopodobne. Oznaczałaby zamrożenie ustawy na bardzo długo.

REKLAMA

Nieprzewidywalne

Na razie oczywiście nie da się określić ostatecznego kształtu ustawy. Po wyjściu z Sejmu trafiła do Senatu, gdzie zostanie zapewne opatrzona dużą liczbą poprawek, którymi następnie zajmie się Sejm.

W wypadku tej akurat ustawy kompletnie nie da się przewidzieć, czym skończą się te prace - za wersją sejmową razem z większością PiS głosowały ugrupowania opozycji, przeciwko niej - kilkudziesięciu posłów Zjednoczonej Prawicy i także posłowie PiS.

Układ sił w Senacie także niczego nie przesądza, a to od niego zależy, nad czym ostatecznie będzie głosował Sejm. Sprawa, która wywołała potężny kryzys w koalicji i rządzie, może się jednak zakończyć tak, jak inne trudne do rozwiązania problemy - odesłaniem do Trybunału Konstytucyjnego.

Skutki

Niezałatwienie tak istotnej dla prezesa PiS sprawy paradoksalnie może się okazać jej rozwiązaniem. Jakikolwiek byłby jej kształt, ustawa na pewno przez długi czas nie weszłaby w życie, przeciągając wprawdzie konflikt rządzących z rolnikami, hodowcami i drażniąc obrońców zwierząt, ale nie doprowadzając do niebezpiecznego przesilenia.

Podstawy do skierowania budzącej istotne wątpliwości konstytucyjne sprawy do Trybunału są dość poważne, same przepisy zaś tak trudne, rozległe i wielowątkowe, że nie sposób oczekiwać ich oceny przez TK w krótkim czasie.

Trybunał już nie taki jak kiedyś

Na dodatek nie sposób przemilczeć tego, że kierująca Trybunałem Julia Przyłębska ma od jakiegoś czasu poważne problemy z prowadzeniem postępowań zgodnie z wolą rządzących. Kłopot ze zgromadzeniem takiego składu orzekającego, który spełniałby oczekiwania PiS w sprawie ustawy dezubekizacyjnej jest tego doskonałym przykładem. W rezultacie Julia Przyłębska w tak ważnych sprawach częściej rozprawy odracza niż przeprowadza.

Odłożenie rozpatrzenia sprawy nawet na kilka lat pozwoliłoby o niej zapomnieć. Być może dałoby też czas na przygotowanie regulacji lepszych i mniej kontrowersyjnych, już bez gorączkowych ponagleń znad stołu, gdzie decyduje się o rekonstrukcji rządu.

Sprawy nie ma, nikt nie zawinił

Decyzja o odesłaniu spornej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego mogłaby w zasadzie zamknąć sprawę. W swojej ostatniej kadencji prezydent nie ma już powodów do zabiegania o poparcie władz PiS. Przy okazji takiego kroku dałoby się zaś osiągnąć minimum satysfakcji dla wszystkich uczestników sporu; hodowcy nadal prowadziliby swoją działalność, a obrońcy zwierząt swoją. Prezydent okazałby się politykiem podejmującym autonomiczne decyzje. Zwolennicy hodowli norek cieszyliby się z zablokowania możliwości działania ich przeciwników, i vice versa. Prezes PiS miałby może poczucie niespełnienia, ale nie mógłby za nie winić prezydenta, który kierując sprawę do TK jedynie korzystałby ze swoich uprawnień. Przy zdolnościach perswazyjnych polityków PiS z pewnością dałoby się to przekuć wręcz w zaletę, komunikatami o respektowaniu poczynań organów władzy innych niż PiS.

Podnoszenie pretensji nie miałoby zresztą dużego sensu, skoro wiadomo powszechnie, że Julia Przyłębska jest bardziej towarzyskim odkryciem samego prezesa niż przyjaciółką prezydenta. Kwestionowanie jej decyzji (bądź ich braku) mogłoby być wręcz odebrane jako kwestionowanie tej cennej przyjaźni. Andrzej Duda przyjaźni się za to z zawieszonym w prawach członka PiS i odwołanym ze stanowiska za sprzeciw wobec ustawy ministrem Janem Krzysztofem Ardanowskim.