„Kochaj swoich nieprzyjaciół“. To pytanie autentycznie nie daje mi żyć od kilku dni: jak mam kochać islamistycznego psychopatę, który z zimną krwią morduje niewinnego człowieka, i z pewnością zrobiłby to samo i ze mną, i z każdym, kto czyta ten tekst? – pyta Szymon Hołownia na portalu Stacja7.pl

REKLAMA

Kiedy zobaczyłem nagranie przedstawiające odzianego w czerń psychopatę podrzynającego gardło amerykańskiemu dziennikarzowi, moim pierwszym odruchem było nie dające się zmieścić w głowie ani w sercu współczucie dla Jamesa Foleya.

Odarto go z godności i intymności, z jego śmierci zrobiono teatr - przebrano w strój, w jaki Amerykanie przebierają więzionych terrorystów, zabito go tak, jak muzułmanie zabijają składane Bogu w ofierze zwierzęta. Nie umiem sobie wyobrazić, co czuł w chwili, gdy klęczał na pustynnym wzgórku, zmuszony do recytacji propagandowych bredni (może wierzył, że gdy zagra swoją rolę, to ocali życie). A zamiast czułej obecności drugiego człowieka, do której każdy ma prawo w chwili śmierci, miał zimne oko kamery i opętanych przez szatana popaprańców.

Mój drugi odruch też wydaje mi się dość naturalny - to chęć zemsty. Życzenie śmierci skierowane pod adresem zabójcy. Mechanizm jak z kodeksu Hammurabiego, sensacyjnego filmu, albo amerykańskich egzekucji: ktoś kogoś krzywdzi, widz odczuwa napięcie, a ulgę przynosi mu dopiero widok złoczyńcy, który sam ginie w mękach. Nie dziwię się więc sobie, że naprawdę szczerze życzyłem katu Jamesa Foleya, by zginął w pierwszym możliwym amerykańskim bombardowaniu, najlepiej z jak największą grupą swoich kolegów.

Niczego innego nie pragną dla swoich oprawców autorzy starotestamentalnych psalmów złorzeczących. OK, tyle że ja mam być człowiekiem Nowego Testamentu, a tam stoi jak wół:

"Kochaj swoich nieprzyjaciół“. To pytanie autentycznie nie daje mi żyć od kilku dni: jak mam kochać islamistycznego psychopatę, który z zimną krwią morduje niewinnego człowieka, i z pewnością zrobiłby to samo i ze mną, i każdym, kto czyta ten tekst? Jak mam żyć, ze świadomością, że to jest mój brat?

Odpowiedzi, które dotąd wypracowałem, z pewnością nie są doskonałe i traktuję je jako materiał wyjściowy do dyskusji. A więc:

1. Mam prawo wesprzeć moralnie i jakkolwiek będzie trzeba, wszystkich którzy oszołomów z Państwa Islamskiego zamierzają czynnie powstrzymać. Te świry to moi bracia, ale niestety - ci moi bracia to mordercy. W ich postępowaniu trudno dopatrzeć się jakichkolwiek okoliczności łagodzących. Na Bliskim Wschodzie utarło się, że Ameryka (i generalnie Zachód) to całe zło tego świata, odpowiadające za wszystkie nieszczęścia. Osobiście spotkałem tam ludzi obwiniających z całym przekonaniem Busha, Obamę i przeciętnych Amerykanów za choroby ich dzieci, za bezrobocie, za głód. Wielu z nich z pewnością widząc film z egzekucji Foleya, odtańczyło taniec radości podobny do tego, jaki odtańczono by u nas, gdyby ktoś zastrzelił kata amerykańskiego dziennikarza. To szokujące, ale tak jest: są na świecie ludzie, którzy oglądając to samo wideo co my, zło zobaczą w dobru, a dobro w złu.

Nie twierdzę, że Ameryka wszystko robi świetnie, oczywiście że zależy jej przede wszystkim na obronie swoich bliskowschodnich interesów paliwowych, pytanie jednak czy jej przeciwnikom zależy dziś na czym innym? Państwo Islamskie już przecież zaczyna handlować ropą ze zdobytych szybów, i jasne jest, że tym gościom wcale nie chodzi o chwałę Allaha, tylko o władzę i kasę. Jasne, że dziś na świecie rośnie napięcie między tymi, co mają, a tymi co nie mają nic, Państwo Islamskie nie jest jednak w tej opowieści Janosikiem. Jest podającym się za niego okrutnym zabójcą, gwałcicielem i zbrodniarzem.

Co z nim robić? Torturować człowieka nie wolno. Zabijać schwytanego i choćby do szpiku złego, ale bezbronnego, nie wolno, kara śmierci to prymitywna zemsta. Ale zaatakować wojenną bazę świrów szykujących się do mordowania kolejnych zastępów cywili - wolno, a nawet trzeba. Nawet, jeśli wiązać się to będzie z ryzykiem pozbawienia tych naszych braci życia. Podjęli świadomą decyzję, że chcą stanowić zagrożenie, że stają po stronie tych, którzy niosą śmierć. Ich ewentualna śmierć będzie konsekwencją ich własnej decyzji. W każdej chwili mogą ją zmienić, ale nie korzystają z tego prawa. Nawet, jeśli amerykańskie bomby zastaną ich przy śniadaniu, dopóki jest to śniadanie spożywane w przerwie między jednym mordem a drugim, nadal będzie to nasza przed nimi samoobrona. A do tej mamy pełne moralne prawo, zwłaszcza w sytuacji w której nie chodzi o wyposażonych w kije i proce powstańców, którzy wzburzeni ruszają na ciemięzców, a o gości, którzy z najnowocześniejszym sprzętem do masowej zagłady, ruszą by z zimną krwią, według chorego planu, wymordować dziś setki kolejnych, kompletnie bezbronnych cywili.

2. Ciekawe, że gdyby chodziło o obronę niewinnych ludzi, o znanych mi albo nieznanych cywili, nie mam wątpliwości. Gdyby chodziło tylko o mnie, o moje życie - nie jestem już taki pewien. Sprawa moich kontaktów z moim opętanym bratem wskakuje na inny poziom. To odwołanie zabrzmi w moim kontekście idiotycznie, ale wzorem są tu dla mnie męczennicy pierwszych wieków chrześcijaństwa, którzy chcieli żyć, ale gdy trzeba było umrzeć też się przed tym nie wzbraniali: na śmierć szli mając ją często serdecznie w nosie, wiedząc że idą ku lepszemu życiu. I że to właśnie przez tak okazaną wiarę najskuteczniej podzielą się żywą nadzieją i miłością z innymi. Również z tymi, którzy ich zabijają. Którzy ze skandujących "zabić ich“ gapiów, wstrząśnięci, stawali się wyznawcami (i często sami później ginęli).

3. Na strzelaniu na pewno nie można jednak poprzestać. Życie chrześcijanina to nie western, on jednak musi czymś różnić się od "świata“. Poprzestanie na pif paf, będzie znaczyło, że daliśmy się wciągnąć na pole przeciwnika, gramy według jego zasad. On zabija, my zabijamy, kropka. Gdy wokół chrześcijanina rośnie zło, on przede wszystkim powinien lecieć i siać dobro. Być tak zmęczonym sianiem dobra, żeby aż nie mieć czasu na tropienie zła. Dzieliłem się już kiedyś tą myślą:

gdy na świat przychodzili najwięksi zbrodniarze XX wieku: Lenin, Hitler, Stalin, Bóg nie uśmiercał ich, nie ograniczał im wolnej woli, którą tak koszmarnie wykorzystali - Bóg równolegle siał dobro. Największych świętych poprzedniego stulecia: Karola Wojtyłę, Faustynę Kowalską, Edytę Stein, Maksymiliana Kolbe.

Pszenicę, żeby rosła razem z chwastem, aż do żniwa, gdy okaże się, kto miał rację, kto wygrał życie. Siedzieć przed telewizorem i wygrażać islamistom potrafi każdy głupi. Wstrząs jaki budzi płynąca z ekranu zła energia przerobić na dobro koło nas - to jest Ewangelia. Ktoś parę tysięcy kilometrów stąd popycha świat w stronę przepaści, ja tu, na swoim podwórku, zniweczę jego wysiłki - on zabija, ja dam komuś życie.

W dłuższej perspektywie jest to zaś jedyna sensowna droga prowadząca do spokojnego świata. Najedzone społeczeństwa, w których każdy ma prawo do lekarza, do szkoły, do realizacji swoich marzeń - nie walczą, bo za dużo mają do stracenia (pomijam psychopatyczne jednostki). Walczą ci, którzy do stracenia nie mają wiele, a wydaje im się że mogą dużo zyskać. Tak jest w Afryce, na Bliskim Wschodzie. To na biedzie i frustracji żerują dziś cyniczni, wychowani na bogatej Północy islamistyczni zbrodniarze, chciwi generałowie z różnych junt, wojowniczy dyktatorzy. Gdy odetnie im się społeczne paliwo w postaci rzesz, którym wmówili, że są jedyną nadzieją na zmianę, zatrzymają się i da Bóg że opamiętają, a jak nie - to wymrą.

4. Podsumowując: chciałbym przejść przez życie nie musząc dokonywać nigdy wyboru: zabić człowieka, czy nie zabić. Jeśli jednak okaże się to niemożliwe (nie daj Boże), przyjmę strategię Sama Childersa, na podstawie biografii, którego nakręcono kinowy hit "Kaznodzieja z karabinem“. Childers, były gangster, nawrócony na chrześcijaństwo wyjechał do Afryki by na dobre rozstać się z przemocą i pracować z sierotami. Gdy jednak spotkał dzieciaki porywane do Armii Bożego Oporu psychopaty Josepha Kony’ego, wykorzystywane, terroryzowane, odczłowieczane i wysyłane na śmierć, doszedł do wniosku, że bez użycia przemocy nie da się ich uratować z rąk oprawców. Ci wiele razy najeżdżali zbrojnie jego sierociniec, Childers nie siedział więc i nie łkał, ale dzielnie stawiał im czoła z kałachem w dłoni. Zorganizował też ekipę, która zbrojnie najeżdżała obozy dzieci żołnierzy, by odbić je i przywrócić im szansę na normalne życie. To były jednak tylko działania doraźne - większość życia Childers spędza na karmieniu, leczeniu, uczeniu.

Przemocy należy unikać tak długo, jak tylko się da, ale jak się nie da - to co, mam patrzeć jak mój brat, śmiejąc się nam w nos, zabija moje dzieci?

Jasne, że wolałbym świat bez wojska. Ale zaczynam obawiać się, że ten świat po grzechu pierworodnym jest jednak niemożliwy. Do niedawna wydawało mi się, że jestem radykalnym pacyfistą, ciężko mi było zrozumieć np. wojskowych kapelanów, którzy błogosławią ludzi, którzy niewykluczone że za chwilę zabiją innych ludzi. Hasło "make food not bombs“ uważam za swoje, a jak przeliczę sobie cenę jednej rakiety na ilość leków, które mógłbym kupić moim afrykańskim podopiecznym, robi mi się słabo. Dziś na żołnierzy patrzę jednak z szacunkiem. Bo widzę, że być może cena jaką płacę za ich utrzymanie, jest ceną za to by moi bliscy - syci, czy głodni, pod kapitalizmem czy pod socjalizmem - mogli jednak żyć. Bo konflikt, który dziś toczy się na świecie, to już nie jest spór Chruszczowa z Kennedym, to konflikt człowieczeństwa z siłą, która nienawidzi człowieka.

Przeczytaj cały tekst na portalu Stacja7.pl

Przeczytaj inne felietony Szymon Hołowni na portalu Stacja7.pl