Małgorzata Ciszewska-Korona, psychoonkolog z fundacji Rak’n’Roll: Wydaje nam się, że rak to jest śmierć. A to nieprawda

Czwartek, 4 lutego (18:02)

„W pierwszym momencie, jak człowiek dowiaduje się, że jest chory, to najbardziej boi się o najbliższych” – przyznaje w Popołudniowej rozmowie w RMF FM Małgorzata Ciszewska-Korona, psychoonkolog z fundacji Rak’n’Roll. Jak dodaje, diagnoza „rak” nie oznacza śmierci. „W dzisiejszych czasach można przejść przez raka, czasem trudno i boleśnie, ale do zdrowia” – mówiła gość Marcina Zaborskiego.

Małgorzata Ciszewska-Korona, psychoonkolog z fundacji Rak’n’Roll: Wydaje nam się, że rak to jest śmierć. A to nieprawda /RMF FM

Małgorzata Ciszewska-Korona, psychoonkolog z fundacji Rak’n’Roll: Wydaje nam się, że rak to jest śmierć. A to nieprawda

Marcin Zaborski pytał swojego gościa o to, jak rozmawiała ze swoją córką, po tym, jak zdiagnozowano u niej nowotwór. Starałam się odpowiedzieć na pytania siedmiolatki, na tyle ile może ona może zrozumieć. Bez opowiadania bajek, opierając się na faktach.

Psychoonkolog kładzie nacisk na to, że mówienie choremu "wszystko będzie dobrze" nie jest dobrym sposobem na pocieszanie. Takich pocieszeń chorzy nie lubią. Zrobisz wszystko, żeby było dobrze, ale nie wiesz tego - tłumaczyła Ciszewska-Korona i jak dodaje, "jeżeli pocieszać, to jedynie na faktach". Najważniejsze jest słuchanie. Mówimy "wszystko będzie dobrze", zaklinając rzeczywistość, bo sami się boimy.

"Wydaje nam się, że rak to jest śmierć. A to nieprawda" /RMF FM

Małgorzata Ciszewska-Korona  pytana była o to, czy rozumie osoby, które nie zgłaszają się do lekarza, mimo że obserwują u siebie niepokojące objawy. Rozumiem, bo tak się zdarza. Ale nie idą dlatego, że się boją. Dlaczego? "Bo boję się, ze dowiem się, że jestem chora" - tłumaczy psychoonkolog i ja przestrzega, w leczeniu nowotworu najważniejsza jest wczesna diagnoza. 

"Po raku możemy żyć lękiem albo nadzieją" /RMF FM

Psychoonkolog Małgorzata Ciszewska-Korona: Blizny po mastektomii to mapa mojego życia

Spotkałam się z takimi sytuacjami, pracując w hospicjum, że pacjentki chciały umrzeć i nie chciały się poddać operacji mastektomii. I kiedy już było za późno, chciały się ratować - mówiła Małgorzata Ciszewska-Korona w internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM. Ciszewska-Korona, która sama chorowała na raka piersi, o bliznach po operacjach usunięcia piersi mówi: "To jest mapa mojego życia. I mapa życia każdej pacjentki".

"Blizny po mastektomii to mapa mojego życia" /RMF FM

Psychoonkolog z fundacji Rak’n’Roll opowiedziała też o najtrudniejszych dla pacjentów aspektach choroby onkologicznej.  Najtrudniej jest z utratą włosów, bo to od razu widać. Bardzo często tracą pacjenci rzęsy, brwi. To widać, i to jest najtrudniejsze - mówiła.

Ciszewska-Korona  powiedziała też, jak wygląda jej pierwsze spotkanie z pacjentem chorym na raka. Zaczynam zawsze od uścisku dłoni, od dotyku i od spojrzenia w oczy. To jest pierwsze. I bardzo często wtedy już te pierwsze lęki opadają - mówiła.

Przeczytaj całą rozmowę:

Marcin Zaborski, RMF FM: Pani Małgosiu, boi się pani jeszcze nowotworu? Obawia się, że on może sobie o pani przypomnieć i wrócić?

Małgorzata Ciszewska-Korona: Nie. Nie boję się.

Zaczęło się kilkanaście lat temu. Nowotwór w jednej z piersi. Pani córka miała wtedy 7 lat. To właśnie o nią pani bała się najbardziej?

Tak. Wtedy, w pierwszym momencie, kiedy człowiek dowiaduje się, że jest chory, to boi się o najbliższych.

I jak pani z córką rozmawiała o chorobie?

Najprościej jak się da, opierając się na faktach. Przede wszystkim opierając się na miłości do swojego dziecka, ale też na faktach. Nie ukrywałam przed nią, nie opowiadałam bajek, starałam się odpowiedzieć na pytania siedmiolatki na tyle, na ile wydawało mi się, że ona może zrozumieć. Czekałam na jej pytania i szczerze i z miłością odpowiadałam.

No i siedmioletnie dziecko może zapytać albo całkiem na pewno zapyta: "Umrzesz? Mamo, czy ty umrzesz?" Jak na to odpowiedzieć?

Najchętniej bym powiedziała: "Nie umrę, będę żyła wiecznie". Ale tak nie jest, więc mogłam jej powiedzieć to, co powiedziałam, że każdy z nas kiedyś umrze, a ja zrobię wszystko, będę się słuchała lekarzy, żebym żyła jak najdłużej. To było zgodne z prawdą.

Dlaczego my nie potrafimy za bardzo rozmawiać z pacjentami onkologicznymi? Dlaczego ta choroba, czy w ogóle choroba sprawia, że jesteśmy sparaliżowani, często wolimy unikać rozmowy z takim pacjentem, z taką osobą z otoczenia?

Dlatego, że my nie umiemy rozmawiać. Dlatego też, bo to są takie rozmowy: jak się czujesz?" - tak ślizgamy się po różnych takich ważnych tematach. A kiedy dotyka to trudnego tematu, bo naszego np. wyobrażenia o tym, że będziemy chorować, będziemy się źle czuć, pierwsze wyobrażenie nieoparte często na faktach, bo na jakimś naszym wyobrażeniu, jak się dowiadujemy, że to jest rak, to nam się wydaje, że to jest śmierć. A to jest nieprawda. Rak w dzisiejszych czasach bardzo często oznacza chorobę, którą można wyleczyć. Rak w dzisiejszych czasach oznacza chorobę, która może być chorobą przewlekłą. I to nie oznacza, że to jest śmierć. To jest przejście przez raka. Czasami trudne, bolesne, ale przejście przez raka do zdrowia. To jest droga przez tę chorobę do zdrowia.

Skoro mówi pani, że nie umiemy rozmawiać, to nauczmy się, proszę, chociaż trochę. Choćby teraz. Pytanie jest takie, czy grać twardego zawodnika rozmawiając z kimś, kto dowiedział się o tym, że jest chory? Czy raczej razem z nim płakać, pocieszać go w ten sposób?

Czy płakać, czy pocieszać? No, jeśli pocieszać, to opierać się na faktach, a nie mówić, że wszystko będzie dobrze. Takich pocieszeń chorzy nie lubią, bo nie wiesz, jak będzie. Zrobisz wszystko, żeby było dobrze, ale nie wiesz. Jak masz ochotę popłakać, to służ ramieniem, to przytul, wysłuchaj. Rozmowa to nie jest tylko przekrzykiwanie i mówienie swoich racji, swoich przekonań, tylko słuchanie drugiej osoby. Danie tej przestrzeni, żeby ta druga osoba wypowiedziała się do końca. I to jest najważniejsze. Po prostu słuchanie. My często właśnie mówimy: "wszystko będzie dobrze". Mówimy dlatego, zaklinając trochę rzeczywistość, bo się też sami boimy. Ale jeśli powiemy: "będę przy tobie", przecież dowiemy się, idziemy do lekarza, zadamy mu pytania, a nie będziemy szukać tych pytań w internecie. Nie będziemy przekładać tego, że kiedyś ciocia, Krysia, babcia, mama zmarły na raka, bo po pierwsze, medycyna idzie bardzo do przodu, są lepsze metody diagnostyczne, lepsze leczenie, lepsze leki, a po drugie, każdy nowotwór jest inny.

Powiedziała pani - idziemy do lekarza. Dobrze, jeśli idziemy do lekarza, ale nie zawsze tak jest. A przynajmniej nie zawsze od razu. Rozumie pani tych, którzy nie idą do lekarza od razu, gdy tylko wykryją coś niepokojącego, np. guzek w piersi?

Rozumiem, bo tak się zdarza. Ale nie idą dlatego, że się boją. Zadajemy sobie pytanie, dlaczego. Bo się dowiem, że jestem chora. A kiedy już idę i dowiaduję się, że jestem chora, to lepiej wcześniej zacząć leczenie. Podstawa to jest wczesne wykrycie nowotworu.

Pani, kiedy dowiedziała się, czy zauważyła, że coś jest nie tak, od razu postanowiła działać, nie czekać, pamiętając historię swojej mamy.

Zdecydowanie. Ja jestem w ogóle człowiekiem czynu i zadania. Jak widzę, że coś jest nie w porządku, to nie czekam, tylko idę, szukam rozwiązań. Pytam, gdzie mogę iść, ponieważ ja byłam o tyle w takiej dobrej sytuacji, że ja regularnie się badałam i chodziłam do lekarza. To był mój taki element w kalendarzu rocznym, że ja zawsze chodziłam na USG lub mammografię. Więc to nie było dla mnie coś dziwnego. Więc ja badając się zauważyłam coś niepokojącego, od razu poszłam do lekarza.

Tak, a pani mama miała mniej szczęścia. Za późno zaczęła leczenie, za późno trafiła na stół.

To było zupełnie inaczej, bo moja mama była lekarzem, tylko wie pan, to były lata osiemdziesiąte. Była lekarzem, miała świadomość z wywiadów, jaka sytuacja jest u nas w rodzinie. Badała się, wykryła wcześniej guzek, no i poszła do lekarzy. I okazało się, żeby nie histeryzowała, że to jest kaszak. Wtedy jeszcze nie było takiej diagnostyki, nie było biopsji przy USG. No i tak kontrolowali przez rok. Po roku zmieniła ośrodek, i spytali się: "Pani doktor, dlaczego tak późno?".

Nie lubi pani, gdy o kimś mówią, że przegrał walkę z rakiem. Dlaczego?

To każdy z nas przegrywa życie? Bo każdy z nas umiera.

Ale jeśli ktoś umiera na raka w wieku 20, 30, 40 lat, to jak nie nazwać tego, jak właśnie przegraną w walce z rakiem?

Nie wiem, umierają dzieci - nie umiem też na to pytanie odpowiedzieć, nad sensem śmierci dzieci, młodych ludzi, mam. Ale jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że bardzo często od diagnozy to życie jeszcze trwa. I to życie bywa jeszcze bardzo długie. Możemy bardzo wiele zrobić. Możemy tego raka powstrzymać, możemy tego raka trzymać, ja to tak mówię, w takim kagańcu. Dany jest nam czas bycia z rodziną, z najbliższymi, z przyjaciółmi, więc wydaje mi się, że to nie jest przegrane, to jest danie świadomości, może czasami innego życia. Może takiego świadomego życia.

Artykuł pochodzi z kategorii: Popołudniowa rozmowa w RMF FM

Marcin Zaborski

Sara Bounaoui

Jonasz Jasnorzewski