Trudno w jakikolwiek racjonalny sposób wytłumaczyć wydarzenia ze Stadionu Narodowego. Fatalna gra, brak pomysłu i chyba też brak zaangażowania. Brak walki. Wszystko razem wyglądało po prostu fatalnie.

REKLAMA

Piłkarze tylko bezradnie rozkładają ręce. Nie wiedzą co się stało. Jak to możliwe, że w 7. minucie przegrywali już 0:2. To moim zdaniem nie był nawet największy kłopot. Przez cały mecz popełnialiśmy beznadziejne błędy w obronie, czy wyprowadzeniu piłki. Tu winni byli i Wasilewski z Glikiem oraz Boruc.

Wiadomo było, że dla Ukrainy to mecz o życie i właśnie tak zagrali rywale. Zagrali o wszystko i zepchnęli nas do rozpaczliwej momentami defensywy. Wymieniali ze swobodą podania, przeprowadzali szybkie kontry - o ile pamiętam była nawet sytuacja, w której pięciu Ukraińców leciało na złamanie karku na naszą bramkę, przed którą było 3 obrońców i szybciej do akcji włączyli się kolejni zawodnicy w niebiesko-żółtych strojach niż wróciły nasze orły.

Znów słyszę pytanie do piłkarzy o "przemotywowaniu." Zresztą zastanawiał się nad tym Robert Lewandowski. Znów zawiodły głowy? Czy nie za często pojawia się ten argument? Dziś cytowany przez prasę Marcin Wasilewski mówi o tym, że zabrakło zaangażowania. A czym my mamy wygrywać mecze jak nie zaangażowaniem? Walczyć, gryźć trawę. Taki powinien być nasz styl. Choć to może porównanie nieadekwatne, ale biedni w naszej Ekstraklasie właśnie zaangażowaniem zatrzymują krajowych krezusów. Na własnym stadionie nie można pozwolić sobie na zagonienie w kozi gór, a właśnie tak załatwili nas Ukraińcy.

Oczywiście szanse na awans ciągle są. Znów dziennikarze zajmujący się futbolem będą musieli wyciągnąć z szuflad kalkulatory i liczyć. Wszyscy możemy zresztą liczyć na jakiś mały cud. Teraz musimy wygrywać. Na jesieni u siebie z Czarnogórą i wyjazdy z Anglią i Ukrainą. Tam naprawdę nie będzie można przegrać. Na razie jednak San Marino.

Pamiętacie rok 2008? Po marcowej przegranej z Irlandią Północną w Belfaście 2:3 kilka dni później graliśmy właśnie z San Marino. Tak na otarcie łez wygraliśmy w Kielcach 10:0. Nawet było miło. Tylko co z tego? Na jesieni też tlił się cień nadziei na wyjazd do RPA, ale najpierw zremisowaliśmy z Irlandczykami w Chorzowie, a później wróciliśmy z bagażem trzech bramek ze Słowenii. To był schyłkowy okres "Ery Beenhakkera".