Załóżmy, że warto pogodzić się z rzeczywistością i tym, że rozmowy na szczycie o Polsce czasem odbywają się przy ośmiornicy i wódce. Od biedy można przeżyć jakoś prymitywne żarty prezesa i ministra. Podobnym żołnierskim językiem mówią dziś piosenkarze, lekarze i dziennikarze. Oczywiście chcemy wierzyć, że rządzą nami panowie z bardziej wysublimowanym dowcipem, ale cóż; widocznie nawet mężczyźni cieszący się potężnymi wpływami i nadzwyczajną długością kadencji, muszą czasem dodać sobie animuszu. Ważniejsze, że mimo prymitywnego stylu, prezes banku centralnego i minister spraw wewnętrznych omawiali rozwiązanie, które przypomina te stosowane w Ameryce, Japonii czy strefie euro i przynajmniej w teorii mogłoby okazać się korzystne dla kraju.

REKLAMA

Możliwość finansowania długu publicznego poprzez skup obligacji skarbowych przez NBP to nic innego jak otwarcie drogi do emisji pieniądza i "unarodowienia" długu. Polska powinna się zbroić, bo leży w niebezpiecznym rejonie świata oraz potrzebuje inwestycji w energię, infrastrukturę i postęp techniczny, bo bez tego pozostanie na obecnym średnim poziomie rozwoju. Tymczasem nasz kraj siedzi po uszy w zagranicznych długach i w razie niepewności na międzynarodowych rynkach może z tygodnia na tydzień mieć kłopot z finansowaniem funkcjonowania państwa.

Z punktu widzenia interesów państwa, zadłużenie w obcych walutach u międzynarodowych banków i funduszy nie jest wymarzonym rozwiązaniem. Celem działania międzynarodowych instytucji nie jest przecież rozwój państw dłużników, lecz zysk. Ponadto bywa, że zakręcając stadnie kredytowy kurek zadłużonym państwom, uznanym nagle za ryzykowne, zagraniczne instytucje te w kilka tygodni potrafią pogrążać nawet duże kraje w kryzysie.

Oczywiście bogactwa od drukowania pieniędzy nie przybywa, ale unarodowienie długu mogłoby dać w przyszłości większe możliwości takiego kierowania inwestycji, byśmy mogli finansować narodowe ambicje. Narodowy Bank Polski może zatem służyć temu państwu jako źródło pieniędzy dla rządu.

Jest tylko jeden problem. W wiadomym nagraniu nie ma mowy o żadnym długookresowym rozwoju kraju. Szef NBP wspomina przynajmniej o tym, że warto byłoby, by w Polsce mniej niż dwie trzecie banków było w zagranicznych rękach, chociaż zastrzega od razu, że nie chodzi mu o jakąś pisowską "suwerenność, srelność". Po drugiej stronie ośmiornicy jest gorzej. Tym co sprawia, że przedstawiciel rządu pyta o w rozmowie z szefem NBP o nowe pieniądze jest wyłącznie widmo przejęcia władzy przez PiS.

Minister obawia się, że bez nowych pieniędzy rządzącej ekipie pozostanie "rozejście się" w 2015 roku. Miejmy nadzieję, że tak się stanie i że następcy nie będą tacy sami.