Kolejni premierzy i ministrowie finansów. Posłowie i senatorowie trzech kolejnych kadencji. Prezesi Narodowego Banku Polskiego i Najwyższej Izby Kontroli. Prokuratorzy generalni, szefowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Komendanci Główni Policji… Imponująca może być lista świadków, których zechce wezwać do siebie sejmowa komisja śledcza. Ta od VAT-u. Jeśli powstanie.

REKLAMA

Ta komisja powstanie, kiedy będzie podjęta decyzja polityczna - tłumaczy Beata Szydło, odpowiadając na pytanie dziennikarza RMF FM Krzysztofa Berendy, co z komisją śledczą ds. VAT. Pani premier zaraz dodaje, że owa decyzja polityczna zależy nie tylko od rządu. My jesteśmy zaledwie pewnym tylko elementem w całej tej układance. Przecież tutaj jest przede wszystkim wola klubu parlamentarnego i całego naszego środowiska - przekonuje szefowa rządu. A na koniec zapewnia: Taka wola, by wyjaśnić sprawę wyłudzeń VAT-owskich, jest.

Czyli - komisja śledcza będzie, kiedy będzie wola polityczna. Ale skoro wola polityczna jest, to dlaczego komisji nie ma?

Politycy Prawa i Sprawiedliwości od dawna przekonują, że sejmowe śledztwo w sprawie karuzeli podatkowych jest niezbędne. Podkreślają, że to największa afera finansowa Trzeciej RP. Wyliczają, że skala wyłudzeń jest gigantyczna i może sięgać dwustu, a może nawet dwustu pięćdziesięciu miliardów złotych.

To kwoty kilkaset razy wyższe niż to, co Polacy złożyli na kontach spółki Amber Gold, którą zajmuje się jedyna działająca w tej kadencji Sejmu komisja śledcza. Dlaczego więc posłowie zdecydowali się na prześwietlanie tej "bursztynowo-złotej" sprawy w pierwszej kolejności? Dlaczego nie zajęli się najpierw - albo też jednocześnie - VAT-owskimi wyłudzeniami? Czy upływający czas działa na korzyść przyszłych śledczych na Wiejskiej czy raczej na korzyść tych, którzy mieliby być przez nich przesłuchiwani?

O tym, że VAT-owska komisja mogłaby powstać, politycy Prawa i Sprawiedliwości mówili już niedługo po wyborach. Potem jednak temat tonął w oceanie bieżących sporów dotyczących innych spraw. Ostatnio przypomniał o nim wicemarszałek Sejmu i szef klubu PiS Ryszard Terlecki. Mówił o tym akurat wtedy, gdy rządzący politycy znaleźli się pod ostrzałem krytyki za kampanię medialną poświęconą wymiarowi sprawiedliwości. Zbieżność zdarzeń zapewne zupełnie przypadkowa. Choć niektórzy w wywołaniu tematu VAT-u doszukiwali się "politycznej wrzutki", czyli próby odwrócenia uwagi od problemów obozu władzy.

Niewątpliwie jednak sama wypowiedź marszałka mogła intrygować. Choćby dlatego, że Ryszard Terlecki tłumaczył problemy z szybkim powołaniem nowej komisji śledczej tym, że są trudności ze znalezieniem miejsca w Sejmie na jej obrady... Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk dodawał później, że "są pewne możliwości obiektywne funkcjonowania iluś komisji śledczych w polskim parlamencie". Tłumaczył, że trzeba zaangażować więcej ludzi, ekspertów, obsługi administracyjnej.

Żeby ta komisja mogła spełnić swoje oczekiwania, to znaczy, żeby efekt jej pracy rzeczywiście był taki, jak założone cele - musi to być dobrze wszystko przygotowane - przekonywała z kolei premier Szydło. Czy to znaczy, że przez ostatnie dwa lata trwało przygotowywanie tego sejmowego śledztwa? Gotowi do pracy są posłowie, którzy zmierzą się z zawiłościami systemu podatkowego i z uciekającym czasem? Czy jeśli komisja wreszcie powstanie będzie w stanie dokończyć śledztwo przed końcem kadencji parlamentu? A badać miałaby - jak zakłada projekt powołującej ją uchwały - dziesięć ostatnich lat. Ogromne logistyczne wyzwanie, które jeden z posłów PiS Janusz Szewczak opisał za pomocą obrazowego stwierdzenia, że komisja "będzie się musiała przekopać nie przez ciężarówki dokumentów, tylko wagony kolejowe".

A może w tym braku pośpiechu w rozpoczynaniu sejmowego śledztwa chodzi o to, by dać szansę prokuratorom? Zwykle przecież politycy przekonują, że poselska interwencja jest potrzebna wtedy, gdy prokuratorzy sobie nie radzą i zwykłe procedury zawodzą. Czy zatem tutaj mamy do czynienia z takim przypadkiem?