Kiedy rozpoczynała się kapania wyborcza niewielu spodziewało się, że Donald Trump - biznesmen i celebryta w ogóle uzyska nominację Partii Republikańskiej. Dziś Trump formalnie obejmuje urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od dnia wyborów w USA świat zastanawia się nad tym, jakie w istocie są poglądy nowego prezydenta, czego można się spodziewać. Nigdy w historii najnowszej nie obejmował tego urzędu człowiek, który głosił tak radykalne poglądy w sprawach polityki wewnętrznej i międzynarodowej i który bywał równie niekonsekwentny.

Czy będzie chciał zmienić kierunek polityki zagranicznej USA? Czy będzie mógł to zrobić? Szczególna pozycja Stanów Zjednoczonych w świecie sprawia, iż poglądy nowego  prezydenta mają  trudny do przecenienia wpływ na stosunki międzynarodowe. Stany Zjednoczone oddziałują we wszystkich newralgicznych obszarach polityki światowej. Są zaangażowane na Bliskim Wschodzie, w Azji Wschodniej, Ameryce Łacińskiej. USA to zwornik architektury systemu bezpieczeństwa Zachodu - NATO.


Trump nie tylko może wpływać na wszystkie te zagadnienia. Do wszystkich prędzej czy później będzie musiał się odnieść. W czasie kampanii wyborczej posłużył się zwrotem "America First" co miało znaczyć, że w swojej polityce będzie się kierował wyłącznie interesem Stanów Zjednoczonych. Trudno spodziewać się innej deklaracji po kandydacie na prezydenta.

Jednak słowa America first kojarzą się przede wszystkim z nazwą stowarzyszenia, które w 1940-41 r. działało na rzecz powstrzymania USA od udziału w wojnie światowej. Czy Trump marzy zatem o nowym izolacjonizmie, wycofaniu się USA z aktywnej polityki światowej? Powrót do izolacjonizmu w zglobalizowanym świecie jest niemożliwy. USA mają interesy w każdym zakątku globu i zarówno nie mogłyby jak i nie chciałyby tego uczynić. Możliwa jest jednak próba ograniczenia zaangażowania Waszyngtonu w świecie. 

Mówiąc o polityce zagranicznej w czasie kampanii wyborczej Trump krytykował  stanowisko  USA wobec Bliskiego Wschodu, zaangażowanie w wojnę iracką i syryjską. Oskarżał administrację Obamy (a personalnie oczywiście Hillary Clinton), że polityka ta stworzyła warunki do rozwoju tzw. państwa islamskiego (ISIS). Próba "eksportu demokracji" do krajów bez żadnych doświadczeń z taką formą rządów skończyła się katastrofą, twierdził  Trump. Zapowiadał wzmocnienie armii, przede wszystkim jednak żądał, by sojusznicy USA wzięli finansową odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo.  W przeciwnym wypadku, odgrażał się, trzeba będzie pozwolić tym krajom by broniły się same. Żądanie Trumpa dotknęło rzeczywistego problemu niedostatecznych nakładów członków NATO na cele wojskowe. W polityce liczy się jednak forma, szczególnie między sojusznikami.

Trump odrzucał zawarcie przez administrację Obamy porozumienie z Iranem i osłabienie związków z Izraelem, "naszym wielkim przyjacielem i jedyną prawdziwą demokracją na Bliskim Wschodzie". Zapowiada zmianę tej polityki. Wreszcie, krytykował stosunki gospodarcze USA z Chinami. Zdaniem Trumpa, Stany nie wykorzystują swojej przewagi ekonomicznej nad tym krajem, pozwalając na ucieczkę amerykańskich miejsc pracy i kapitału.  Trump ostrym językiem zapowiadał zdecydowane działania: walkę z ISIS czy nałożenie ceł na handel z Chinami.  

"Kończymy z nation building [chodzi o przebudowę państw w kierunku demokracji i wolnego rynku - M.F.], skupimy się na zapewnianiu stabilizacji w świecie" - zapowiadał w swoim wystąpieniu programowym ówczesny kandydat. Wszystkie te deklaracje wskazują, że nowy prezydent, jeśli nawet nie ma spójnych poglądów na temat polityki światowej, wyznaje zasady Realpolitik. Świat jest jaki jest, nie należy walczyć o jego zmianę, ponieważ przynosi to więcej szkody niż pożytku. Obowiązkiem kierownictwa państwa jest ochrona interesów kraju. Trump nie jest pierwszym prezydentem, któremu bliskie są takie poglądy.

Realizm dominował choćby w polityce administracji Nixona i Forda w latach 70. XX w., której głównym architektem był Henry Kissinger. Dziś ten nestor amerykańskiej polityki, jeden z najbardziej przenikliwych mężów stanu, powraca jako doradca Trumpa. Jeśli polityka nowej administracji będzie realizowana w duchu koncepcji wyznawanych przez Kissingera (nawet bez jego udziału), USA będą chciały budować nowy porządek światowy w duchu porozumienia możnych tego świata, czegoś na kształt dawnego "koncertu mocarstw". Trump będzie zapewne dążył do porozumienia z Rosją, które, co oczywiste, będzie miało swoją cenę.

Jaką - o tym przyjdzie się przekonać. W świecie realizmu politycznego kwestią zasadniczą jest równowaga sił między mocarstwami, które szanują swoje strefy wpływów i nie prowadzą polityki w imię idealistycznych zasad. Czeka nas zatem zapewne zmiana pozycji USA wobec UE, Rosji, Bliskiego Wschodu. Pamiętajmy wszakże, że Trump jest niezwykle elastyczny, możemy być zatem w przyszłości świadkami różnych zwrotów w polityce Stanów Zjednoczonych.