W środę "Gazeta Wyborcza" oskarżyła twórców serialu "Ojciec Mateusz" - i Telewizję Polską - o nieodpowiedzialność, eskalowanie nienawiści wobec uchodźców, propagowanie stereotypów, podsycanie konfliktów na tle religijnym i rasowym. Duży kaliber, wymowa artykułu - jednoznaczna. Autorka Magda Piekarska powołała się scenariusz odcinka, który bez wiedzy producenta udostępnił jej znajomy aktor. Przetrzymała tekst od września aż do końca stycznia. Dzień po publikacji, ku zaskoczeniu autorki, wszyscy mieli okazję odcinek obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie. Błyskawiczna reakcja TVP ucięła spiralę kłamstwa, które już się lało strumieniami. Rzecz wyjaśniona, problem jednak jest poważniejszy, niż się pozornie wydaje.

Można spekulować, ile pośpiesznie wycięto przed emisją, fakty są jednak dla Piekarskiej brutalne. Już tytuł i lead zawierały nieprawdziwe stwierdzenie, że "muzułmański uchodźca podłoży bombę". Nie było ani bomby (wybuchło - bez ofiar - coś w rodzaju petardy), ani uchodźcy. Bo uchodźca okazał się zasymilowanym od dawna imigrantem (świetnie mówiącym po polsku), zazdrosnym... o schedę finansową po teściu w wieku emerytalnym. To on próbował wykorzystać stereotyp Polaka rasisty i nastraszyć "bombą" konkurenta do objęcia rodzinnej firmy. Człowieka biznesu, równie śniadego i zasymilowanego mieszkańca Sandomierza jak pozostali Arabowie w tym filmie.

Po obejrzeniu odcinka uderzyły mnie dwie rzeczy. Arabowie, wszystko jedno jakiego wyznania, niczym się nie różnią od Polaków. Mają problemy rodzinne, ulegają kulturze konsumpcyjnej i wyścigowi szczurów, demonstrują identyczne wady i zalety jak reszta bohaterów. Poza ciemniejszą karnacją nie różni ich kompletnie nic... To najlepsza odtrutka na stereotypy i uprzedzenia. Poza tym obraz zawarty w filmie - w przeciwieństwie do artykułu - nie jest czarno-biały. Pojawiają się w nim na równi głosy paniki i zdrowego rozsądku. Są postacie zdolne do pochopnych sądów i świadkowie miłości obcego-bliźniego. Ostatecznie, jak zawsze w tym serialu, dobro zwycięży. Zło zostanie przykładnie ukarane. A co najlepsze, wbrew obawom ludzi o swoje bezpieczeństwo, w Sandomierzu powstanie ośrodek dla uchodźców z Bliskiego Wschodu. Bez różnicy wyznania. Żeby nie wiem ile scen wyciąć w tak krótkim czasie, nowych nikt w pośpiechu nie dokręcił. A odcinek trwał tyle, ile pozostałe: 44 minuty plus "napisy".

Po emisji Piekarska zamiast przyznać się do błędu jeszcze się pogrąża. Wieczorem po emisji napisała w tekście "TVP pokazała kontrowersyjny odcinek "Ojca Mateusza". Były mocne cięcia": "Większość fabuły to 1:1 treść scenariusza, który sprawił, że Mikołaj Woubishet zrezygnował z roli [...]". Co po prostu oznacza, że autorka wiedziała lepiej niż czytelnicy, jak jest. Czyli, że uchodźca uchodźcą nie jest. Już nie mówiąc o tym, że pominęła motyw feministyczny - oto policji pomaga jako autorytet od informatyki młode dziewczę, wyzwolona od stereotypów ról społecznych uczennica o imieniu Kasia. Czy nie o taki wizerunek kobiety walczy od lat feminizm? Może warto docenić i podziękować?

Byłam na planie serialu "Ojciec Mateusz" 11 października 2017 roku. Sceny rzadko są kręcone w Sandomierzu, większość ujęć powstaje pod Warszawą. Wtedy zaplanowano od razu 2 dni zdjęciowe, 10-ego i 11-ego. Odcinek, który "podglądałam" pod kątem mojego tekstu też ma mieć emisję w marcu (dotyczy kradzieży w antykwariacie). Jeśli faktycznie zdjęcia do tego, który obejrzeliśmy wczoraj, zaczęły się 2 tygodnie później od odmowy zagrania roli od (nad)wrażliwego na punkcie uprzedzeń aktora, to mogę zapewnić, że prace przebiegały normalnie i bez emocji. Dobrze, że mój tekst dopiero powstaje. Według danych TVP oglądalność odcinka po awanturze wzrosła bowiem o 20 proc. i była wyższa, niż odcinków premierowych oglądanych na jesieni. Serial jest na fali...

Jeszcze kilka kompromitacji i opozycja straci nie tylko wiarygodność partyjną, ale i zaplecze medialne. Bo jak brać serio podobne newsy?