Kto czekał na hipsterskiego pornola, ten wyjdzie z kina po kwadransie zawiedziony, a może nawet zażenowany. Kto obawiał się taniego skandalu, ten będzie zaskoczony dojrzałością "Nimfomanki". Jedno jest pewne - zamiast pałać świętym oburzeniem i z niesmakiem odwracać głowę od prowokacyjnych plakatów warto po prostu ten film obejrzeć.

REKLAMA

Na początku był motorower. Zabójczo błękitny. Nie do końca nowy i nie całkiem sprawny. Trzymany w zapuszczonym warsztacie czy garażu... Można by sobie wyobrazić lepsze tło dla pierwszego doświadczenia erotycznego, prawda? Może i tak, ale nie u von Triera. Reżyser z odwagą i wdziękiem pokpiwa sobie z naszego niby nowoczesnego, a tak naprawdę często obsesyjno-depresyjnego stosunku do seksualności. Poszturchuje, kopie po kostkach i szczypie w uszy, nie dając jednocześnie uniwersalnych rad czy dogmatycznych odpowiedzi. Prowokuje - nie dla prowokacji samej w sobie. Zaskakuje - doskonale nakreślonymi epizodami w pociągu czy historią romantycznej kolacji dla dwojga, na której ostatecznie zjawia się aż siedem osób. Przypomina, że choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali, nie jesteśmy ludźmi tylko od pasa w górę i nie fruwamy pół metra nad ziemią.

Czy główna bohaterka istotnie jest nimfomanką, czy tylko za taką się uważa? Po obejrzeniu pierwszej części filmu trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Podobnie trudno nie czuć sympatii do Joe i zażenowania zachowaniem spotykających się z nią facetów (trudno ich nazwać inaczej nie popadając w obsceniczność). Można wręcz odnieść wrażenie, że studium kobiecej seksualności zaprezentowane przez von Triera jest tak naprawdę pytaniem: "Gdzie są ci mężczyźni, do cholery?".

Warto - nawet jeśli zwykle pociągają nas produkcje z większym budżetem na kostiumy - wziąć "Nimfomankę" na klatę czy jak kto woli: porno-Klatę. Nawet jeśli ją odrzucimy czy ona odrzuci nas - zawsze lepsze to niż bezkrytyczne słuchanie radosnej twórczości tych, którzy nie widzieli, nie zobaczą, a będą najgłośniej wykrzykiwać swoje oceny. Ostatecznie nie ma się czego bać - w obsadzie filmu von Triera nie znajdziemy w końcu Wielkiego Złego Gendera...