„Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja” – te słynne słowa z „Dziennika” Witolda Gombrowicza mógł w mijającym tygodniu powtórzyć tylko jeden człowiek – mecenas Rafał Rogalski. Wystarczyło kilka wywiadów, by internet zapełniły kilometry wypracowań na jego temat. Jak na maturze, każde pisane było z wyraźną tezą i tak, żeby trafić w klucz.

Zaczęło się niewinnie. W poniedziałkowy poranek Twitter powoli budził się z długoweekendowego odrętwienia. Aż tu nagle gruchnęła wiadomość, że były pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego udzielił wstrząsającego wywiadu jednemu z dzienników. Błyskawicznie ruszyła śniegowa kula komentarzy, a mecenas dokładał do ognia kolejnymi medialnymi występami. Niektórych to zażenowało, innych ucieszyło, a jeszcze inni poczuli się kompletnie skołowani. Nawrócony Giertych, nawracający się Rogalski... Niczego i nikogo nie oceniam, ale bycie fajnym musi być naprawdę pociągające - pisał na Twitterze Polikryta. Ciekawe, czym mec. Rogalski przekonał do siebie swoich kluczowych klientów 3 lata temu - zastanawiał się były szef Narodowego Centrum Sportu Rafał Kapler. W kompletny stupor popadł najwyraźniej Paweł Czapski, bo w pewnym momencie spytał: Który Rogalski jest prawdziwy? Akurat o odpowiedź na to ostatnie pytanie nie było trudno. Błyskawicznie pojawiły się różne warianty i każdy mógł wybrać sobie, co chciał.

„To tajemnica adwokacka kto z kogo zrezygnował. Ja z bycia pełnomocnikiem Kaczyńskiego, czy Kaczyński z moich usług. Powiem tylko, że trudno było mi zdzierżyć wypowiedzi Macierewicza. On manipuluje nie tylko opinią publiczną, ale także Prawem i Sprawiedliwością” - mówi były pełnomocnik Jarosława... czytaj więcej

Rafał Rogalski znowu ekscytuje media i opinię publiczną. Trwają dywagacje co stoi za zachowaniem, które prowadzi go przed komisję dyscyplinarną Naczelnej Rady Adwokackiej. A prawda jest prozaiczna: biznes - pisał Artur Sikorski, bloger portalu znanego głównie z dyskretnego polecania parówek i markowych jeansów. Obecna postawa mec. Rogalskiego jest niczym innym jak próbą wysłania komunikatu, że nie jest już "pisowy" - wyjaśniał, kreśląc przy okazji tyleż drobiazgowy, co mało przekonujący portret samego mecenasa. Że dostał mało, że chciał więcej, poczuł się gwiazdą, zaczął stawiać warunki, których prezes PiS-u nie zaakceptował... Oczywiście, z tekstu nie dowiedzieliśmy się, skąd pochodzi ta ekskluzywna wiedza, ale wrażenie na czytelniku robi nie najgorsze. Lepsza jest tylko metafora rodem z Dzikiego Zachodu, która ma rzekomo opisywać charakter Rogalskiego. Kaczyński nie potrzebował szeryfa sali sądowej. Potrzebował strzelającego bez zastanowienia kowboja, który będzie poganiaczem stada wielokopytnych absurdów. Do tego w miarę lojalnego - wyjaśnił Sikorski. Dlaczego akurat Rogalski-kowboj? Trudno powiedzieć. Inna sprawa, że wizji mecenasa z rewolwerem u boku i kapeluszem na głowie trudno się oprzeć.

Dlaczego takich ludzi, jak mecenas Rogalski jest jednak tak mało w Polsce? - zastanawiał się w emocjonalnym tekście główny głos lewej strony blogosfery, Jacek Azrael Kubacki. Czym wyżej wspomniany adwokat zasłużył sobie na to, by być wzorem? Według Azraela, głównie tym, że rozstał się z Antonim Macierewiczem i Jarosławem Kaczyńskim. Na jego korzyść miałoby przemawiać także to, że postępuje inaczej niż Kościół katolicki, cichy zwolennik tej partii [PiS oczywiście -przyp. red.], który nie potrafi prostej, ale brudnej moralności obalić. Chodzi oczywiście o moralność wszystkich tych, którzy na temat katastrofy smoleńskiej mają inne zdanie niż rząd i komisja Millera.

Mecenas Rogalski otrzeźwiał. Co nie przeszkadza w intensyfikacji rozmów i wywiadów z tym gentelmanem. Przeciwnie. Dopiero teraz rozmowa z nim w "prime-timie" jest prawdziwie "cool" - stwierdził na swoim blogu były opozycjonista i parlamentarzysta Andrzej Celiński. Nie ocieramy się o szaleństwo relatywizmu wiedzy. Jesteśmy już w samym jądrze szaleństwa. To, co w innych narodach rozgrzewa marginesy u nas jest strawą elit. Zajmuje sejm i senat - dodał gorzko. Dalej snuł dość ponurą wizję tego, że równoprawne istnienie teorii laików i specjalistów, ekspertów i dyletantów nie może się dobrze skończyć. To co mamy, albo czego nie mamy od zawartości mózgów zależy. Od jakości wiedzy - podsumował. W tym punkcie trudno się z nim nie zgodzić. Nie tylko w sezonie maturalnym.

Dreamlinera monolog liryczny

Ten tydzień miał jeszcze jednego bohatera, o którym nie można zapomnieć. Choć z definicji lotny, tym razem nie wspiął się na wyżyny. Zresztą, trudno sobie przypomnieć, kiedy zrobił to ostatni raz.

Nasz polski dreamliner najwyraźniej zadomowił się za Wielką Wodą i postanowił tam jeszcze chwilę pozostać. Oficjalny powód - usterka. No jasne! Bajerować to można wszystkich, ale nie internautów. Oni - jak Jan Tomaszewski - mają swoje zdanie i się z nim zgadzają, a w kolejnej odsłonie serialu o supernowoczesnym nielocie dostrzegają jakąś ponurą prawidłowość. To, że #Dreamliner się zepsuł nie jest żadnym newsem. Newsem byłoby to, że #Dreamliner się nie zepsuł - stwierdził w dniu ujawnienia awarii twitterowy prześmiewca Franciszek Smóda. Potrzebował nowego akumulatora, teraz silnika, a nadchodzi czas na skrzydła i resztę - dodał z umiarkowanym optymizmem Arek Nigeria @ Hej!!. Inni błyskawicznie znaleźli dla felernej maszyny wiele nowych imion. Titanic naszych czasów to chyba jedyne, które nadaje się do powtórzenia...

Złośliwość złośliwością, ale warto choć na moment postawić się w sytuacji naszego byłego narodowego pupila. W kraju piękny, słoneczny maj, a on tam sam biedaczyna w tym Chicago... Nikt go po ekranach dotykowych nie smyra, w fotelach się nie mości...  Normalnie dramat! Nic, tylko nocą, gdy nikt nie będzie widział, zapuścić na wszystkich hipernowoczesnych pokładowych urządzeniach najnowszy hit grupy Lemon pod wymownym tytułem "Napraw".  Wersja, że jego tekst to monolog osamotnionego dreamlinera wydaje się być dość przekonująca. A na pewno łatwiej uwierzyć w nią niż w to, że seria niefortunnych zdarzeń z udziałem B787 powoli zbliża się do końca.

W oparach e-absurdu

Wszyscy, którzy nie wyobrażają sobie już życia bez naszpikowanego bajerami smartfona powinni - ku przestrodze - zapoznać się z rankingiem stworzonym przez blogującego dla Guardiana Stuarta Heritage. Dziennikarz zebrał i krótko opisał 7 najgłupszych jego zdaniem aplikacji, które możemy ściągnąć na komórkę. Czego tam nie ma! Narzędzie do zatrzymywania taksówek, kreator kartek z romantycznymi propozycjami dla drugiej połówki, a nawet program wyliczający, jak wysoko możemy rzucać telefonem... Pierwsze miejsce zajęła Tweetpee - aplikacja wysyłająca rodzicowi wiadomość, gdy maluch ma mokro i trzeba mu wymienić pieluszkę. Na podium zestawienia największych komórkowych idiotyzmów znajdziemy jeszcze miernik sprawności seksualnej, który w oparciu o nasze ruchy w alkowie i towarzyszące im odgłosy wyliczy nasze "osiągi". Na rodziców czeka jeszcze drugi gadżet - aplikacja rzekomo tłumacząca, czego konkretnie domaga się płaczące dziecko. Normalnie nic, tylko wziąć i zapłakać! Miłośnicy nowych technologii - nie idźcie tą drogą. Jeśli już koniecznie musicie sobie coś aplikować, to niech to będzie na przykład majowe słońce.