Zamach, do którego doszło sobotniego poranka w Ankarze, był najtragiczniejszym w historii Turcji. Jest on kolejnym ogniwem w łańcuchu wydarzeń, które przyczyniają się do destabilizacji kluczowego państwa NATO. Wydarzenia ostatnich miesięcy powinny niepokoić europejskich sojuszników Turcji. Pokazują bowiem, że nawet stabilne i demokratyczne państwo, poddane silnym regionalnym i wewnętrznym naciskom, może stanąć na krawędzi kryzysu.

REKLAMA

Prócz ponad dziewięćdziesięciu ofiar śmiertelnych, bezpośrednim efektem zamachu jest pogłębienie podziałów w tureckiej polityce. Do zamachu doszło bowiem w szczególnym momencie: kraj prowadzi "operację antyterrorystyczną" wymierzoną w kurdyjskich separatystów z organizacji PKK, a za trzy tygodnie mają odbyć się wybory parlamentarne - już drugie w tym roku. Niezależnie od tego kto stoi za zamachem, wzajemne oskarżenia o odpowiedzialność za tą tragedię zostaną zapewne wysunięte przez wszystkie strony spolaryzowanej sceny politycznej, prowadząc do jeszcze większych podziałów w tureckim społeczeństwie.

Terroryści za swój cel obrali demonstrację odbywającą się pod hasłami "Praca, Pokój, Demokracja", zorganizowaną przez tureckie organizacje społeczeństwa obywatelskiego. Zginęli ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej pokojowo demonstrowali swoje przywiązanie do - wydawałoby się - uniwersalnych ludzkich wartości. Demonstracja miała wydźwięk solidaryzujący się z tureckimi Kurdami i była popierana przez reprezentującą mniejszości, lewicową Ludową Partię Demokratyczną HDP. Podobnie więc jak w przypadku zamachów w Suruç i w Diyarabakir, atak wymierzony został w działaczy lewicy. Tym razem jednak zamach przeprowadzono w sercu tureckiej stolicy, co pokazuje niepokojącą swobodę działania terrorystów. Dobór celu uprawdopodobnia tezę, że za zamachem stoi siła polityczną przeciwna Kurdom i tureckiej lewicy - bądź to o związana ze skrajnymi nacjonalistami bądź z islamistami.

Możliwe jest też, że sprawcy zamachu nie byli motywowani wewnętrznymi podziałami politycznymi w Turcji, a kwestiami międzynarodowymi. Ten trop zdawał się sugerować rzecznik rządzącej partii AKP, mówiąc, że zamach wymierzony został w całą Turcję, a nie w konkretną partię czy siłę polityczną. Głównym źródłem napięć w sąsiedztwie jest Syria, gdzie Turcja od lat stara się wspierać siły zwalczające reżim Baszara Asada, a ostatnio zaczęła także atakować pozycje Państwa Islamskiego. Zarówno więc reżim z Damaszku, jak i dżihadyści z Państwa Islamskiego mogli mieć motywację do destabilizacji północnego sąsiada. Obecność na terytorium Turcji około 2 milionów uchodźców syryjskich jest czynnikiem ułatwiającym zewnętrznym siłom politycznym potencjalne akcje terrorystyczne.

Niezależnie od tego, kto stoi za zbrodnią, uderzenie terrorystów w sercu Ankary stanowi ważną próbę dla tureckiej klasy politycznej. Nadchodzące tygodnie będą kluczowe dla przyszłości politycznej kraju. Wyzwania stające przed Turcją: polaryzacja polityczna, niestabilność w sąsiedztwie i zagrożenie terrorystyczne - wymagają przywództwa i otwartości na kompromisy. Otwartości, której - dodajmy - w tureckiej polityce jest coraz mniej. Rządząca AKP, ograniczająca w ostatnich latach swobodę publicznej wypowiedzi, będzie musiała oprzeć się pokusie dalszego ograniczania wolności obywatelskich pod pretekstem zapewniania bezpieczeństwa. Historia regionu dowodzi, że przypadki zamachów terrorystycznych zbyt często wykorzystywane były do naruszania swobód demokratycznych. Dlatego też rząd premiera Davutoglu winien unikać definiowania sytuacji w kategoriach ulubionych przez autokratów: bezpieczeństwo albo demokracja. Tureckie społeczeństwo stać bowiem zarówno na zapewnienie bezpieczeństwa, jak i na kontynuowanie demokratycznej ścieżki rozwoju.