Teoretycznie korupcja w polskiej piłce to żaden powód do śmiechu. Ale jakoś nie mogę się powstrzymać… Oszustwo w sporcie jest rzeczą, może nie powszechną, ale często spotykaną. Zazwyczaj oszukuje się z dwóch powodów – braku talentu albo perspektywy wielkiego sukcesu i nieodpartej chęci osiągnięcia go za wszelką cenę.

REKLAMA

Tak było chyba z łyżwiarką figurową Tonyą Harding. Marząca o olimpijskim złocie w Lillehammer w 1994 roku Amerykanka próbowała w mało wyrafinowany sposób wyeliminować z rywalizacji swoją rywalkę Nancy Kerrigan. Były mąż Tonyi wynajął człowieka, który na jednym z treningów podczas mistrzostw USA zaatakował Kerrigan żelaznym prętem. Afera wyszła na jaw, Kerrigan zdążyła dojść do siebie i zdobyła w Norwegii srebro. Harding była ósma, a potem wyrzucono ją z reprezentacji.

Oszukiwali i oszukują biegacze narciarscy skracając trasę, piłkarze symulując faule, bokserzy odgryzając rywalom uszy lub waląc poniżej pasa, kolarze popychając konkurentów w peletonie, czy kierowcy Formuły 1 przepuszczając jednego, a blokując innego. To wszystko jednak przypadki indywidualne, często niezamierzone, wywołane ogromnym napięciem, stresem i adrenaliną. Dużo gorzej sytuacja wygląda w kwestii dopingu. Byłem jeszcze dzieckiem kiedy Ben Johnson wygrał bieg na sto metrów podczas igrzysk olimpijskich w Seulu. Niemal płakałem, gdy wpadał na metę z kosmicznym czasem 9.79. Płakałem, bo mój faworyt Carl Lewis w tym biegu się nie liczył. Potem pamiętam tylko zagubionego Johnsona osaczonego przez dziennikarzy, którzy pytali go o doping. Lekkoatleta uciekał z wzrokiem szukając wybawienia. Nie znalazł.

Doping, a także korupcja to już nie są działania jednostek. Tu zaangażowani są lekarze, trenerzy, naukowcy, działacze, sędziowie. Dlaczego więc śmieję się z politowaniem, gdy słyszę o kolejnym zatrzymanym w aferze korupcyjnej w polskiej piłce? Bo szczerze mówiąc opadają mi ręce, kiedy ci mali ludzie marzący o tym by być jak sędzia Laguna z „Piłkarskiego pokera” chowają pieniądze w kole zapasowym. Bo pusty śmiech bierze, kiedy widzę, że capo di tutti capi piłkarskiej szarej strefy okazuje się były fryzjer mający tylko tyle wspólnego z Don Corleone, że obaj niewyraźnie mówią. Bo co mam robić, kiedy od znajomego słyszę, że w byle jakim meczu piątej ligi skrzynka piwa i suta kolacja decydują o tym kto wygra i uniknie spadku do ligi okręgowej. Bo kiepską komedię przypomina związkowi działacze już nie za pięć dwunasta, tylko pięć po dwunastej debatują ile drużyn ma grać, kto ma grać, a może w ogóle nie grać.

Nie będę mnożył przykładów, bo każdy zna ich wiele. Najśmieszniejsze jest jednak dla mnie to, że stawka, o jaką walczą ci wszyscy obserwatorzy, sędziowie, działacze, trenerzy i piłkarze jest żałośnie mizerna. Awans do trzeciej ligi? Utrzymanie się w ekstraklasie? Puchar Polski? A może nawet mistrzostwo? Wszystko to na tle wielkich afer wielkiego sportu co najmniej piłka podwórkowa. No i co z tego, że ktoś poprzez oszustwo awansuje do europejskich pucharów, skoro odpadnie tam w przedbiegach? Przypomnę, ostatni znaczący sukces w Europie polski klub osiągnął w 1991 roku, kiedy to Legia Warszawa grała o finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Gdyby wszystkie pieniądze przeznaczone na łapówki poszły na szkolenie młodych piłkarzy, na wyszukiwanie talentów, na klubowe zaplecze, na boiska efekt byłby nieporównywalnie większy. Zarówno sportowo jak i moralnie. To naprawdę nie jest takie trudne, wystarczy zacząć myśleć