Pakiet demokratyczny, tak gromko zapowiadany przez PiS w trakcie kampanii wyborczej, okazuje się być raczej pakietem kontrolnym. Po zwycięstwie Prawo i Sprawiedliwość szybko zaczęło odbijać Trybunał Konstytucyjny, komisję ds. służb specjalnych czy publiczne media, I najciekawsze, że dzieje się to przy wtórze zapewnień o miłości, wezwań do współpracy, budowania wspólnoty i wielkiej biało-czerwonej koalicji.

REKLAMA

Stara zasada polskiej polityki jest taka - jeśli jedni wezmą coś łyżeczką, następni będą zagarniali chochlą, a kolejni przyniosą wiadro i wezmą wszystko. Tak było z komisją ds. służb specjalnych. Dawno, dawno temu jej przewodniczenie było nie dość, że rotacyjne, to zagwarantowane dla przedstawiciela opozycji. Platforma doszła do wniosku, że to za wiele. Najpierw robiła wstręty i odmawiała wyboru kandydatom PiS do speckomisji (m.in. A. Macierewiczowi), a potem uznała, że przewodniczenie należy się także i rządzącym. No to kiedy nastał PiS, sięgnął po chochlę i przegłosował, że teraz szef komisji nie będzie się już zmieniał, i że będzie pochodzić z ugrupowania, które jest u władzy, bo "obóz polityczny, który wygrywa wybory, musi mieć kontrolę nad parlamentem, by mógł realnie rządzić".

Podobnie rzecz się miała z Trybunałem. Platforma przyjęła ustawę, która dawała Sejmowi możliwość szybszego wyboru dwóch sędziów TK. I skrzętnie z niej skorzystała. To co zrobił PiS? Najpierw prezydent nie przyjmował zaprzysiężenia nowych sędziów, a potem sejmowy klub rządzącej partii zgłosił projekt, który kwestionuje wybór wszystkich pięciu, wybranych w końcówce zeszłego parlamentu sędziów. A za chwilę podobne operacje - zmiany prawa, by móc na nowo ułożyć różne instytucje personalnie - czekać mają publiczne media czy prokuraturę. A podejrzewam, że jest jeszcze parę, na które ma chrapkę...

Daleki jestem od podnoszenia histerycznych krzyków o końcu demokracji czy o zamachu na jej fundamenty. Ale, bez wątpienia - wykonując podobne kroki - jakości demokracji się nie poprawia. I nie dowodzi się, że jest się lepszym od poprzedników, którym zarzucało się "psucie państwa" i "ogarnianie przez jedną partię wszystkich kluczowych instytucji". Nie mam w sobie tyle naiwności, by wierzyć w realizację przedwyborczych obietnic. Ale jeśli się zapowiada demokratyzację Sejmu i dopuszczanie głosu opozycji, to po co się rzucać na takie "peanuts" - drobiazgi, jak przewodniczenie komisji spec-służbowej? Czemu nie unieważnić wyboru dwóch, a nie pięciu sędziów? Sięgając po takie metody PiS potwierdza obraz, jaki malowali przed wyborami jego przeciwnicy. Mówili, że Macierewicz będzie w MON? I Macierewicz jest. Straszyli Ziobrą? I Ziobro trafił do ministerstwa. Mówili, że PiS będzie prześladowało opozycję? I proszę - zabrali jej komisję. Rozumiałbym jeszcze, gdyby to były jakieś kluczowe decyzje. Ale wystarczyło posłać tegoż Macierewicza na inny odcinek frontu - i wilk byłby syty i owca cała. Sprawę przewodniczenia komisji też można było załatwiać w białych rękawiczkach, a nie szybko i dość siłowo. Potwierdzanie i podsycanie czarnej legendy PiS-owi nie będzie służyć. A miodowy (w oczach wyborców) miesiąc rządzących potrafi się skończyć szybciej niż ktokolwiek - a zwłaszcza sami rządzący - przypuszczają.