Jak na długo odwlekaną i pompowaną, rządowa rekonstrukcja nie wydała mi się ani nadzwyczaj przemyślana ani nazbyt starannie przeprowadzona. Dwie czy trzy nominacje owszem pozytywnie zaskoczyły, ale ani styl, ani merytoryczna podbudowa tej politycznej para- rewolucji nie budzą nadto żywych uczuć.

REKLAMA

Przyznaję. Przez moment dałem się nabrać. Gdy premier, prowadzony snopem światła, niczym bokser przed walką, wkroczył na scenę konwencji Platformy, po czym zaczął machać grubym plikiem papierów, dowodząc, że to "precyzyjny, rozpisany na miesiące plan działań rządu" pomyślałem "a jednak coś przygotowali". Wrażenie pogłębiały zapewnienia Donalda Tuska, że zdaje sobie sprawę, iż takie machanie bywa dobrym zabiegiem, ale w tym przypadku mamy do czynienia z solidnym dokumentem, który dotyczy "polskiej rodziny, polskich dzieci, ich edukacji, opieki, wsparcia dla młodych...."

Bliższe przyjrzenie się temu "precyzyjnemu planowi" budzi jednak pusty śmiech. Żaden to bowiem plan, a już na pewno nie plan "rozpisany na miesiące", a ogólna wizja tego, na co powinny zostać przeznaczone i jakie efekty przynieść pieniądze z Unii Europejskiej. Co oczywiście jest istotne, ale daleko temu do jakiejś rządowej rozpiski działań, a już zwłaszcza działań reformatorskich. Pieniądze unijne wydaje się lekko, łatwo i przyjemnie. I oczywiście - trzeba to robić sprawnie, przejrzyście i rozsądnie. Ale co to za plan rządzenia - wydawanie?

Do poznania zamierzeń rządu nie przybliżyły nas też nominacje ministerialne. Z wyjątkiem rozszerzenia zakresu zadań Elżbiety Bieńkowskiej, które - co już wiemy - służyć ma głównemu zamierzeniu rządu, czyli "wydawaniu". Ale dlaczego do ministerstwa finansów powołano człowieka z rynku finansowego? Czy ma to zwiastować bardziej "wolnorynkowy" kurs rządu? Czy wzięcie do tak ważnego resortu kogoś bez politycznego doświadczenia i ministerialnego obycia nie skazuje go na rolę potakiwacza? Nie jestem przeciwnikiem personalnych eksperymentów, a to, że ludzie sukcesu, sprawdzeni przez rynek idą do rządu, uważam za coś co najmniej pożądanego, ale chciałbym usłyszeć od szefa rządu, dlaczego zmienia ministra finansów. I dowiedzieć się, czy to, że po sześciu latach odwołuje Jacka Rostowskiego zwiastuję zmianę kursu? Czy tylko znużenie ministra i zmęczenie nim premiera?

Dziwi mnie też brak zapowiadanych reform struktury rządu. Połączenie pod berłem Bieńkowskiej resortów rozwoju i transportu jest wyłącznie unią personalną, która nie ma wymiaru trwałej zmiany. A po co pozostawiać ministerstwo sportu? Zwłaszcza, gdy widać, że najlepiej rozwijają się te sporty masowe, w których nie mamy ani specjalnych sukcesów, ani wielkiej opieki państwa. Dla rozwoju np. takiego biegania rząd nie zrobił (bo i nie musiał) nic szczególnego. A mimo to biegi masowe cieszą się rekordowym powodzeniem. Czy warto utrzymywać całe ministerstwo żeby decydowało o tym, jak rozdzielać te skąpe środki na sport pomiędzy poszczególne dyscypliny? Toż do tego wystarczyłby jeden departament w dowolnym resorcie. Nie rozumiem też, dlaczego w rządzie ostał się Bartosz Arłukowicz. Minister zdrowia wydaje się tak przytłoczony i tak przerażony odpowiedzialnością jaką od dwóch lat dźwiga na barkach, że nawet w trosce o jego zdrowie i przyszłość, warto by było ten ciężar z niego zdjąć.