Temperatura powyborczych rozgrywek w PO rośnie z każdym dniem. Od niedzielnego wieczoru trwa przerzucanie odpowiedzialności za porażkę, szukanie jej sprawców i kozłów ofiarnych. A nad tym wszystkim ciąży pytanie, a może już nawet żądanie – (czy) Kopacz musi odejść (?).

Temperatura powyborczych rozgrywek w PO rośnie z każdym dniem. Od niedzielnego wieczoru trwa przerzucanie odpowiedzialności za porażkę, szukanie jej sprawców i kozłów ofiarnych. A nad tym wszystkim ciąży pytanie, a może już nawet żądanie – (czy) Kopacz musi odejść (?).
Ewa Kopacz /Radek Pietruszka /PAP

Pierwszą ofensywę tej wojny, już w niedzielny wieczór, wyprowadził Radek Sikorski. Ewa Kopacz odpowiada za wynik PO, potrzeba zmiany przywództwa, czasami trzeba przejść do rezerwy - powiedział, nieukrywający swej umiarkowanej sympatii do premier, eks-marszałek Sejmu. Nikt, równie otwarcie, Kopacz nie zaatakował, ale nastroje wewnątrz partii zdecydowanie jej przewodniczącej nie sprzyjają.

Jeśli ktoś docenia ustępującą szefową rządu, to głównie za pracowitość. Za to, że po przegranej w wyborach prezydenckich wsiadła do pociągu, ruszyła w Polskę, wąchała kotlety, jadła jajecznicę, dwoiła się i troiła. I być może uratowała Platformę przed klęską totalną. Ale to, co było rozpaczliwą walką o nieutonięcie, na długie czasy grzania ław opozycji może nie wystarczyć. Rywalizacja z Petru o elektorat centrowy i liberalny może wymagać kogoś bardziej wyrazistego i medialnie sprawnego niż dzisiejsza liderka PO. I ta opinia zaczyna być w partii coraz bardziej powszechna. A, świadoma zagrożeń, Ewa Kopacz próbuje kupić czas i jak najbardziej opóźnić wybory pełnoprawnego następcy Donalda Tuska.

To, co zrobiła we wtorkowe popołudnie szefowa rządu, to rozgrywka va banque. Spektakularna, ale i ryzykowna. Taka, która pozwoli zyskać trochę tlenu, otrząsnąć z powyborczego szoku, ale i zamieszać w partyjnych układach. Kopacz chce, żeby PO najpierw przeprowadziła wybory szefów regionalnych i dopiero potem, po miesiącach wewnętrznych tarć i ułożeniu na nowo partyjnej hierarchii, podejmowała decyzję o tym, kto poprowadzić ma do boju całą partię. Ten pomysł jest jednak mocno kwestionowany i przez lokalnych baronów, i przez środowisko Schetyny, i przez parę Sikorski-Rostowski. A to może narazić szefową PO na ostry kontratak, przegraną w tej rozgrywce, a w konsekwencji być może i w walce o szefostwo partii. Niemal pewne wydaje się bowiem, że do takiej czy innej walki o fotel lidera PO dojdzie. Grzegorz Schetyna zbyt długo czekał na ten moment, by nie wykorzystać szansy, jaka się przed nim otworzyła. A bój Kopacz-Schetyna byłby wojną totalną. I to wojną o trudnym do przewidzenia finale. Wydaje się, że jeśli realna wizja porażki zajrzałaby Ewie Kopacz w oczy to – być może – wspólnie z frakcją swoich zwolenników zdecydowałaby się wystawić do boju jakiegoś kompromisowego kandydata. Najpewniej byłby nim Tomasz Siemoniak. Ale w partyjnych spekulacjach pojawiają się też nazwiska Gronkiewicz-Waltz i Rafała Trzaskowskiego.