Wielomiliardowe inwestycje, przestawienie polskiej gospodarki na nowe tory, wsparcie i rozwój przemysłu – to znaleźć ma się w wielkim planie gospodarczym wicepremiera i ministra rozwoju, który dziś przyjąć ma rząd.

Wicepremier, minister rozwoju Mateusz Morawiecki / Michał Zieliński /PAP

Plan Morawieckiego to kolejny z planów pojawiający się w polskiej polityce. O tym by być jak Kwiatkowski - Eugeniusz Kwiatkowski - marzyło już wiele rządów, wielu premierów i ministrów. Od czasu słynnego twórcy potęgi Gdyni i COP - wielkie plany gospodarcze snuto i w PRL, i w III RP. Leszek Balcerowicz i jedyny z planów, który został błyskawicznie (choć nie bez krytyki i obaw) wcielony w życie, to plan skoku z socjalizmu w wolny rynek.

Grzegorz Kołodko i jego Strategia dla Polski, to plan szybkiego wzrostu gospodarczego i stabilizacji finansów publicznych.

Plan Hausnera z podtytułem "Program Uporządkowania i Ograniczania Wydatków Publicznych", to w gruncie rzeczy plan oszczędności budżetowych. Po nim mieliśmy jeszcze dwa plany absorpcji funduszy unijnych nazwane Narodowymi Planami Rozwoju i plan - raport Boniego - snujący wizję rozwoju Polski do 2030 roku.

Z realizacją planów bywało różnie - czasami pozostawały wyłącznie tyleż ambitnymi co papierowymi przewidywaniami, a z reguły koniec rządu, albo ministra, który je ogłaszał oznaczał zarazem koniec wcielania ich w życie. Rządy PiS - na to dziś wygląda - mają przed sobą jeszcze niemal cztery lata - co pozwala na marzenie, że obliczony na 25 plan Morawieckiego zostanie zrealizowany. Przynajmniej w... jednej szóstej.