W demokratycznym kraju dobrze jest mieć jakieś – że użyję wielkich słów - demokratyczne świętości. Z którymi można się nie zgadzać, dyskutować, burzyć się na nie, ale które trzeba uszanować. Czymś takim są werdykty Trybunału Konstytucyjnego. Opisywanie ich jako „opinii”, nad którymi można przejść do porządku dziennego i ich nie wykonywać, jest przekraczaniem „cienkiej czerwonej linii” i niebezpiecznym naruszaniem tabu.

Sala obrad w Trybunale Konstytucyjnym /Tomasz Gzell /PAP

Obrazek prezydenta odbierającego w środku nocy ślubowanie od nowych sędziów wywołał u mnie poczucie smutku pomieszanego z odrobiną absmaku. Autorytet poważnych instytucji państwowych – a za takie uważam i Prezydenta Rzeczypospolitej i Trybunał Konstytucyjny – nie zasługuje na to, by wprzęgać go w działania dokonywane – jak można by wywnioskować z pośpiechu w jakim się to działo - bezrefleksyjnie, wstydliwie, po kryjomu i na chybcika. Jeśli rządząca partia i Andrzej Duda, mają niczym nie zmącone przekonanie, że to co robią jest „przywracaniem praworządności” i „wdrażaniem konstytucyjnego ładu”, to niechże zrobią to co robią z godnością, powagą i otwartą przyłbicą. Dlaczego uroczyste ślubowanie nie może odbyć się rano? Czemu nie można zaprosić na nie mediów, prezesa Trybunału, przedstawicieli organizacji sędziowskich i adwokackich? Czemu ma służyć ten pośpiech? Nawet gdyby bardzo chciano wyprzedzić werdykt TK, to można było to zrobić o 8 czy 9, nie powiększając przekonania, że robi się coś grzesznego, do czego wstyd się przyznać i wytłumaczyć otwarcie i z dumą światu.

Nie wiem, czy dokonywanie aktu ślubowania w taki sposób, dowodzi, że i sam prezydent nie ma tak do końca pewności, czy to co robi jest słuszne, a czyni to, na wyraźną prośbę/sugestię „wielkiego polityka, wielkiego stratega i wielkiego człowieka”, czy też i PiS i Andrzej Duda są w tej sprawie niczym „jedna pięść”. Z niektórych wypowiedzi prezydenckich ministrów można by wnosić, że Duży Pałac miał ochotę znaleźć kompromisowe rozwiązanie sporu o TK i zaprzysiąc trójkę „październikowych” sędziów, ale szybka akcja PiS i błyskawiczny wybór pięciu kolejnych sędziów te plany pokrzyżowały.

Kolejne bitwy wojny o Trybunał można było traktować z lekkim przymrużeniem oka. Do czasu. Bo kiedy do gry wszedł już sam TK wydając werdykt, a politycy obozu rządzącego obwieścili, że nie zamierzają go respektować, bo dotyczy historii, zrobiło się już mniej zabawnie. Bo jeżeli elita polityczna będzie szanować i uznawać tylko te wyroki, które idą po jej myśli, to zacznie się robić nieciekawie. Dziś kwestionuje się werdykt TK w sprawie samego Trybunału, jutro – w jakiejkolwiek innej sprawie, a pojutrze policja powie, że nie wykona wyroku sądu i nie zatrzyma skazanego. Jak państwo prawa – to państwo prawa. Ze wszystkimi tego konsekwencjami i zasadami. A jedną z nich jest zasada kadencyjności. Argumenty, że Trybunał jest zdominowany dziś przez sędziów rekomendowanych przez PO i w związku z tym nie można traktować go serio, są o tyle dziwaczne, że jak świat światem, a Trybunał – Trybunałem, trafiali do niego sędziowie wybierani przez sejmową – rządzącą akurat większość. PiS wybierał swoich (albo rekomendowanych przez LPR i Samoobronę), Platforma swoich. Nie twierdzę, że to dobrze. Też wolałbym, żeby TK był politycznie bardziej zróżnicowany, ale jedynym na to sposobem, powinna być naturalna wymiana sędziów wynikająca z kończenia się ich kadencji. Dziś, po ośmiu latach rządów PO, w TK przeważają i jeszcze przez parę lat przeważać będą sędziowie zgłaszani przez Platformę. Ale potem przyjdzie czas i na pojawianie się kolejnych sędziów rekomendowanych przez PiS, a jeśli partia Kaczyńskiego porządzi dłużej niż jedną kadencję, to nadejdzie moment, gdy to jej pomazańcy będą dominować w składzie Trybunału.