Kiedy w niedzielno-świąteczny wieczór zajrzałem do internetu (wcześniej walczyłem o pobicie rekordu życiowego w Biegu Niepodległości) ujrzałem mnóstwo wpisów osób załamujących ręce nad kondycją w jakiej obchodziliśmy Święto Niepodległości. Narzekano na uliczne burdy, prawicowo-narodowe ciągoty, lewackie podrygi, prezydencką oficjałkę i na policyjne prowokacje. Najpierw nieco się załamałem, ale potem uznałem, że nie ma sensu ani za bardzo narzekać i ani tym bardziej obrażać się na świat.

Nie mamy żadnej tradycji obchodzenia państwowych świąt. Te, które lansował PRL, umarły wraz ze śmiercią tamtych świąt (defilada 22 lipca) albo wraz z upadkiem tamtego regime’u (masowe pochody 1-majowe). Nowych praktycznie nie stworzyliśmy. Co prawda zdarzały się próby zapoczątkowania jakiś tradycji, ale były na tyle efemeryczne, że nie wpisały się na trwałe w nasz krajobraz. Największym, bo odpowiadającym chyba najpełniej na społeczne zapotrzebowanie, sukcesem, była defilada z okazji Święta Wojska Polskiego zorganizowana w czasach rządów PiS. Na ulice Warszawy wyległy wówczas tłumy złaknione chrzęstu gąsienic i widoku armato-haubic. Choć sam nie jestem przesadnym militarystą, a od wojska starałem się trzymać zawsze raczej z daleka (zwłaszcza w czasach obowiązkowego poboru), przyznaję, że obrazki rosomaków zgromadzonych o świcie przed Ministerstwem Sprawiedliwości zrobiły i na mnie spore wrażenie. Ale rok później uznano, że defilada zanadto pachnie ponurymi czasami PiS-owskich błędów i wypaczeń, a poza tym, jest kosztowna, więc rodzącej się tradycji (piękne imię dla dziewczynki skądinąd) czym prędzej ukręcono łeb. A chyba szkoda, bo i dla samego wojska, które raczej nie jest rozpieszczane sondażami sympatii (zwłaszcza gdy jeździ na odległe wojny) a i dla obywateli, którzy najwyraźniej mają ochotę oglądać, na co wydaje się 1,95% PKB ustawowo przeznaczane na armię, mogła to być świetna okazja dla lepszego poznania się i ocieplenia wzajemnych relacji. 

11 dzień listopada jest nie najlepszym czasem do świętowania w ogóle. Dzień jest krótki, pogoda często podła, społeczeństwo w klimacie post-zaduszkowym, grilla się nie rozpali, od wakacji coraz dalej, następne nawet nie majaczą na horyzoncie, człowiek może więc popadać w nastroje chandryczne i depresyjne. I jak tu w takim dołku świętować? Zwłaszcza gdy nie wiadomo jak. Do tej pory 11 listopada był raczej czasem spędzanym w domowych pieleszach, niektórzy piekli w nich gęsi (choć to chyba tradycja wyłącznie wielkopolska) inni się nudzili, bo przecież centra handlowe od paru lat są w Święto Niepodległości zamknięte.

I oto od paru lat zaczęła rodzić się nowa stołeczna tradycja - maszerowania. Najpierw maszerowały oddziały rekonstrukcyjne, potem zaczęła maszerować prawica (głównie narodowa), a skoro maszeruje prawica (głównie narodowa) to lewica (głównie ta anty-prawicowa) nie może być gorsza. A jak już maszerowała i prawica (narodowa) i lewica (anty-prawicowa) to swój marsz postanowił urządzić i prezydent. I tak oto w tym roku Warszawę przecinały marsze, tworząc nielichą pajęczynę i skutecznie paraliżując ruch (zwłaszcza, że wsparł je ów bieg, który starałem się przebiec poniżej 55 minut). I mimo że było tu i ówdzie zadymiasto, mimo że prezydent nie ściągnął wielkich tłumów, mimo że policyjna mobilizacja tego dnia nieco człowieka paraliżuje, to uważam, że nie ma co załamywać rąk. Wolę już maszerowanie (nawet pod hasłami bardzo odległymi od tych, które trafiają mi do serca) niż społeczny marazm, wolę nieco "zoficjalizowany" marsz prezydenta, do którego może dołączyć każdy, niż polityczno-dyplomatyczne rauty za zamkniętymi pałacowymi drzwiami, wolę Polaków zajętych i przejętych niż sennych i rozlazłych. A najbardziej to lubię Bieg Niepodległości. Bo wzrusza mnie hymn odśpiewywany na jego początek, uwodzi atmosfera, w której wszyscy się wzajemnie wspierają, podoba to, że jedni startujący biją brawa innym, nawet jeśli ci ich na trasie mijają. No i nie bez wpływu na to lubienie jest mój wynik, bo jednak udało mi się ten rekord życiowy pobić.