Kazimierz Marcinkiewicz w żółtym sweterku "w serek", nieogolony i z lekka nieprzytomny. Niewielu miało okazję ujrzeć ten widok. A ja owszem. Dziś rano.

Nawet nie miałem siły na niego krzyczeć. A było za co. Po raz pierwszy od ponad roku o 8.02 nie miałem gościa.

Kazimierz "yes, yes, yes" Marcinkiewicz zaspał. Zaspał okrutnie. Gdy dodzwoniłem się do niego o 7.50 nieprzytomnym głosem tłumaczył, że budzik w telefonie nastawił sobie wg. czasu londyńskiego. Ale przynaglany przeze mnie karnie wstał, wsiadł w czekający nań samochód i przyjechał do studia. Tu wyjaśniło się (po troszę) skąd dziwna poranna

senność. Rozmawiał z Rokitą. Długo w noc rozmawiał. Nie za bardzo wierzę, że obyło się bez symbolicznej szklaneczki whisky. Spóźnienie zrekompensował, zdradzając poparcie dla Gowina. Oj... partia będzie dla K.M. bezwzględna. Choć i tak już nie za bardzo miał co w niej robić. Widać wyraźnie, że były premier jeśli jest dziś mentalnie w jakiejkolwiek partii to jest to partia jednoosobowa, nawiązująca sojusz z drugim - jednoosobowym ugrupowaniem J. M. R. Czy ta para jeszcze zaistnieje? Tuszę, że tak. Ale kto wie ile jeszcze politycznych wiatrów musi powiać....