Nie twierdzę, że w sprawie Jedwabnego nie ma żadnych znaków zapytania. Że na wszystkie pytania o balans między polską, a niemiecką odpowiedzialnością za tę zbrodnię można dać proste i bezdyskusyjne odpowiedzi. Ale nie pojmuję, jakiż to rodzaj patriotyzmu, każe za wszelką cenę wypierać ze świadomości co najmniej współuczestnictwo grupy Polaków za mord w Jedwabnem. Mam wrażenie, że słusznie oczekując od sąsiadów Polski, by "stawali w prawdzie", sami miewamy z tym bardzo podobne kłopoty.

Jedwabne /Maciej Rozwadowski /PAP

Dość nieoczekiwanie, po wielu latach względnej ciszy, w debacie publicznej pojawia się sprawa tragedii w Jedwabnem. Gdy wydawało się, że wnioski do jakich doszli prokuratorzy IPN, którzy po wielomiesięcznym śledztwie orzekli przed laty, iż "zasadne jest przypisanie Niemcom w ocenie prawno-karnej sprawstwa sensu largo. Wykonawcami zbrodni jako sprawcy sensu stricto byli jednak polscy mieszkańcy Jedwabnego i okolic - mężczyźni w liczbie co najmniej 40. Niemcy w małej grupie asystowali przy wyprowadzaniu Żydów na rynek i do tego ograniczyła się ich czynna rola, udział polskiej ludności zadecydował o zrealizowaniu zbrodniczego planu" zostały uznane przez większość badaczy za wyczerpujące temat - wrócił on znów, z pełną mocą. Przyczyniła się do tego, w sporej mierze, minister edukacji, mająca gigantyczny problem z przyznaniem, że Polacy uczestniczyli w pogromie. A i kandydat na szefa IPN mówiący o tym, że "odpowiedzialność w pełni za tę zbrodnię pada na niemiecki totalitaryzm".

Zdaje sobie sprawę z wielu niejasności, które pojawiają się w sprawie tragedii w Jedwabnem. Niejasna rola Niemców, niezakończona ekshumacja, sprzeczne zeznania świadków zaciemniają obraz. I mnożą pytania. Ale trudno nie mieć wrażenia, że w tej sprawie - jak zawsze - daje o sobie znać problem naszego spojrzenia na historię. Spojrzenia mocno polono-centrycznego i takiego, które nazwałbym polono-bezgrzesznym. Jego logika każe uważać, że w dziejach Polski i Polaków nie było ciemnych stron i wstydliwych kart. Że to Polacy byli zawsze gnębieni, mordowani, wypędzani i prześladowani. Że jeśli się bili - to sprowokowani, jeśli wojowali - to zaatakowani, że zbrodni dokonywali wyłącznie ich wrogowie, antagoniści i rywale. Uczeni w ten sposób historii, chowani na "Czterech pancernych", "Polskich drogach" czy "Stawce większej niż życie" mamy podświadomy problem z uznaniem, że historia Polski i Polaków nie składa się wyłącznie z czynów heroicznych, chwalebnych i wiekopomnych. I że zdarzały się w niej działania zasługujące na posypywanie głowy popiołem. Oczekujemy, żądamy i domagamy się, by inne nacje nie miały z tym problemu, by przyznawały się i potępiały czyny swych ojców i dziadów. Gdy przychodzi czas na potępianie własnych - odruchowo szukamy ścieżek, które pozwoliłyby jakoś tego uniknąć.

Mam wrażenie, że właśnie ten mechanizm działa w przypadku Jedwabnego. I kilku czy nawet kilkunastu pogromów do jakich w lipcu 41 roku doszło w jego sąsiedztwie. Oczywiste jest, że ich źródła tkwią i w tym wszystkim co działo się na tych terenach w czasie okupacji  sowieckiej, postawie Żydów wobec tej okupacji i przyzwoleniu, czy wręcz zachęcie do pogromów, jakie wyszło ze strony niemieckiej. Ale też trudno nie mieć wrażenia, że to przyzwolenie padło na podatny grunt, a opisy okrucieństw, których dopuszczano się przy tej okazji, nie pozwalają wyjaśnić tragedii ubezwłasnowolnieniem Polaków i zmuszeniem ich do udziału w pogromie. Polacy byli narzędziem niemieckiej, nazistowskiej machiny zagłady. Ale nie było to, niestety, narzędzie, które można łatwo i bezboleśnie usprawiedliwić i uznać za ślepe. 

(mal)