Dobry prezydent, uczciwy polityk, lojalny przyjaciel i wierny syn kościoła potraktowany niesprawiedliwie przez rywali i wyborców – taki autoportret maluje w swym pierwszym, powyborczym wywiadzie Bronisław Komorowski. Odchodzący prezydent jawi się w nim jak człowiek mocno poobijany kampanią i porażką, ale zachowujący wolę walki i politycznego rewanżu.

Chęć ukarania obozu władzy, powszechne i usypiające czujność przekonanie o tym,  że wynik wyborów jest przesądzony, a do tego wykreowany przez Kukiza i innych rywali brak akceptacji dla polskiej rzeczywistości – tak - najkrócej pisząc - Bronisław Komorowski diagnozuje przyczyny swej porażki. Ustępujący prezydent w psychologicznie zrozumiały, ale i wygodny dla siebie sposób, szuka powodów takiego, a nie innego rozstrzygnięcia wyborczego, zgodnie z zasadą „im dalej od siebie – tym lepiej”. Nie widzi więc tego, że jego pięcioletnia kadencja nie porwała wyborców i choć oceniano ją nieźle, to raczej z powodu jej spokoju, przewidywalności i braku mocnych akcentów niż trafiających do serc i umysłów działań prezydenta. Nie bije się też w pierś z racji dość pasywnej postawy w czasie politycznych kryzysów – o aferze taśmowej mówi np. że niewyciągnięcie z niej wniosków personalnych było „błędem”, ale „to nie była rola prezydenta”.  

I wydaje się nie dostrzegać, że najdelikatniej mówiąc – mało zrozumiałe i mocno paniczne decyzje, plus średnio udane kontakty na linii władza-lud, podejmowane między pierwszą a drugą turą, wprawiły jego wyborców w zadziwienie i nie przysporzyły mu popularności. O ile zatem diagnozy społecznego tła porażki wydają się być trafne, to przekonanie, że zawiniło wyłącznie ono, a nie pomysł na kampanię i obraz prezydenta, jaki wykreował on przez ostatnich 5 lat, zdają się być raczej dla Bronisława Komorowskiego, wygodne niż prawdziwe.

Po lekturze wywiadu dla „Polityki”, mam też wrażenie, że eksprezydent będzie w najbliższych miesiącach przecierał nowy szlak aktywności byłej głowy państwa. Wygląda na to, że nie zamierza politycznie odpocząć, dać sobie trochę czasu na pozbieranie się i zdefiniowanie w nowej roli. Komorowski niedwuznacznie daje do zrozumienia, że jest gotów stanąć na czele obozu anty-PiSowo-Kukizowego (choć zapewnia, że działalności stricte partyjnej już nie wróci) i wystartować już w najbliższych wyborach parlamentarnych. A że i PO zdaje się być w pełni otwarta na takie pomysły - wydaje się bardzo prawdopodobne, że już w październiku zobaczymy Bronisława Komorowskiego na liście stołecznych kandydatów do Senatu.