Przez kilka dni badania "bezpłatności" urlopu Mirosława Drzewieckiego pokazaliśmy, że wmawiano nam nieprawdę. Ujawniliśmy spryt i zakłamanie, skrywane za szlachetnymi oświadczeniami. Nie mamy z tego powodu satysfakcji. Po sprawie został niesmak.

REKLAMA

Na internetowej stronie Mirosława Drzewieckiego do dziś można znaleźć nie do końca ścisły – mówiąc delikatnie – komunikat:

Po pierwsze – Mirosław Drzewiecki nie był na jednym urlopie. W lutym i marcu brał urlop trzykrotnie – za każdym razem na te dni, kiedy odbywało się posiedzenie Sejmu.

Po drugie – żaden z urlopów nie był bezpłatny. Pieniądze, stanowiące uposażenie poselskie oraz dietę za luty i marzec, czekają w kasie Sejmu. Nie dokonano w nich żadnych potrąceń.

Po trzecie – Mirosław Drzewiecki straciłby przynajmniej część pieniędzy, gdyby nie wnioski o urlopy, które jednocześnie usprawiedliwiały jego nieobecności i uniemożliwiały potrącenia.

Po czwarte – 2 lutego poseł Drzewiecki złożył wniosek o wypłacanie mu uposażenia. Po co, skoro nie zamierzał go pobierać, bo wybierał się na urlop bezpłatny?

Po piąte – dziwi nieznajomość zasad wypłacania wynagrodzeń posła u kogoś, kto zasiada w Sejmie kilkanaście lat i tak sobie radzi z zaplanowaniem urlopów, że nic nie tracąc, niemal dwa miesiące spędza na Florydzie.

Po szóste – nawet przekazanie zarobionych w lutym i marcu pieniędzy na najszczytniejszy cel nie sprawi, że prawdziwe stanie się oświadczenie, że urlop wtedy był bezpłatny.

Jest jeszcze siódme – co stałoby się z czekającymi na odebranie w kasie Sejmu pieniędzmi, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na to, że Mirosław Drzewiecki formalnie ma do nich pełne prawo?