Bunt w oddziale specjalnego znaczenia moskiewskiego OMON-u to kolejne uderzenie w reputację rosyjskiej milicji. Jeżeli o jakiejkolwiek reputacji można jeszcze mówić.
Fakt, że sami milicjanci przyznają, że "kryszują", czyli ochraniają przestępców, za co otrzymują pieniądze, nie jest żadną nowością w Rosji. Podobnie nowością nie jest ujawnienie, że każde stanowisko w tejże milicji można kupić. Podobne skandale wybuchają w Rosji mniej więcej od roku i za każdym razem okazuje się, że milicja to struktura służąca jej funkcjonariuszom do nielegalnego zarabiania pieniędzy. Na ostatnim miejscu wśród ich priorytetów znajduje się ochrona prawa. Jednak do tej pory nie mówiono o korupcji w elitarnych jednostkach.
Po artykule w "New Times/Nowoje Wriemja" najpierw rosyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych zapowiedziało kontrolę, ale chwilę później wydane oświadczenie moskiewskiej milicji nie pozostawiło cienia wątpliwości, jakie będą wyniki postępowania. W oświadczeniu napisano, że to zemsta byłych funkcjonariuszy OMON-u, wyrzuconych z pracy za udział w grabieży i naruszenie dyscypliny.
Rosjanie wiedzą jednak swoje. Z badań opinii społecznej wynika, że zaledwie 13 procent Rosjan ufa milicji i są to najczęściej ludzie, którzy z milicją nie mieli do czynienia. Ostatnio znajomy właściciel pubu w centrum Moskwy opowiadał mi, jak w rosyjskiej stolicy zmieniły się zasady prowadzenia biznesu. Kiedyś po haracz przychodzili bandyci. Od kilku lat pojawiają się milicjanci.