​"Jeżeli Polska chce pozostać członkiem Unii Europejskiej, to musi respektować orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości" - powiedział w rozmowie ze mną szef luksemburskiej dyplomacji, Jean Asselborn. Minister nie potrafił jednak wyjaśnić, co konkretnie ma na myśli, bo nie ma przecież procedury pozbawienia członkostwa w Unii. Tych słów nie można jednak lekceważyć. Ostatnio coraz częściej słyszę różne wersje tego samego zdania. Nawet szef KE Jean-Claude Juncker miał początkowo użyć tego sformułowania w swoim przemówieniu o stanie Unii. Ostatecznie zdecydował się na o wiele bardziej pojednawcze słowa.

REKLAMA

Obecnie Unia nie ma dostatecznych narzędzi, by wpływać na kraje członkowskie w najbardziej kontrowersyjnych dziedzinach. Do tej pory wydawało się, że ostatecznym, przynoszącym efekty środkiem przymusu wobec "rebeliantów" były decyzje i orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE. Trybunał UE działał nawet dyscyplinująco na Węgry. Teraz owa pewność, że ostateczną, akceptowaną przez wszystkich instancją jest wyrok Trybunału została zachwiana z powodu niektórych wypowiedzi ministra środowiska Jana Szyszko. Ta sytuacja spowodowała, że liderzy Unii zaczęli się zastanawiać: co dalej?

Zdaniem unijnych "jastrzębi" (typu Asselborn) takie państwo, które nie uznaje wyroku Trybunału staje się nieprzewidywalne, a Unia traci jakąkolwiek nad nim kontrolę. Bruksela chce więc działać prewencyjnie wobec innych potencjalnych "buntowników". Obawia się, że jeżeli odpuści Polsce (zwłaszcza, że w regionie jesteśmy liderem), to w przyszłości mogą do rebelii dołączyć inne państwa. Dla przedstawicieli Unii otwarte podważenie orzecznictwa Trybunału to zakwestionowanie tej ostatecznej instancji prawa UE, czyli de facto podważenie jej istnienia. Z punktu widzenia Trybunału czy Komisji chodzi o istnienie samej Unii (filozoficznie można by powiedzieć, że o jej immanentny byt).

Szyszko, gdy dostał postanowienie o zakazie dalszego prowadzenia wycinki, to zamiast zrobić gest i dostosować się (a armaty szykować na właściwą rozprawę) poszedł na wojnę nie tylko z KE, ale i Trybunałem, podważając jego decyzje o tzw. środkach zapobiegawczych. W tej sytuacji Trybunał uznał, że nie ma wyboru: nie może przecież dawać sygnału innym krajom, że można jego postanowienia ignorować. W tej sprawie nie chodzi już tylko o Puszczę, ale o autorytet i powagę orzecznictwa Trybunału - usłyszałam. Czy Szyszko zdawał sobie sprawę, że wchodząc na tę drogę w pewnym sensie zachwieje podstawami samej UE? Przyspieszył tym samym unijną nawałnicę, z którą można by się zmierzyć w o wiele ważniejszej sprawie relokacji uchodźców, mającej szerokie poparcie społeczne, ale raczej w kwestii lasów nie warto. Wygląda to na nieprzemyślany i nieskoordynowany krok ministra, który "gra na siebie".

Rząd mógłby uzyskać pewne koncesje od UE, gdyby nie otwierał walki na wszystkich frontach, ale załatwiał sprawy w ciszy gabinetów i "sprawa po sprawie", dając również KE możliwość wyjścia z twarzą z tej sytuacji. Za mało także komunikacji, obecności w Brukseli, tłumaczenia swoich racji. Jest oczywiste, że Bruksela nie przepada za obecnym rządem w Polsce, ale bardziej ofensywne przedstawianie swoich racji wytrąciłoby eurokratów z ich przekonania, że są właścicielami jedynej i słusznej prawdy. Takim wyrwaniem z samozadowolenia w potępianiu Polski byłaby z pewnością wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w instytucjach europejskich. Prezydent już raz - zgłaszając swoje weto wobec dwóch ustaw - zaskoczył Brukselę do tego stopnia, że przez dłuższy czas nie wiedziała, jak zareagować.

Rząd stoi teraz przed dylematem, który będzie musiał rozstrzygnąć w ciągu najbliższych 2 tygodni, po tym jak zapadnie decyzja Trybunału UE w sprawie zakazu wycinki: czy warto doprowadzić do przesilenia w sprawie lasów? Co jest ważniejsze: Puszcza Białowieska czy sprawa uchodźców? I co tak na prawdę jest priorytetem: transport i delegowani pracownicy, Nord Stream 2, sądownictwo czy stały mechanizm relokacji? Jeżeli rząd wszystko ustawi na tej samej płaszczyźnie i będzie ciągnąć równocześnie, to doprowadzi to do niekorzystnej kumulacji. Niektóre kraje zaczną celowo wykorzystywać problemy Polski z Komisją do wygrywania własnych interesów. Przykład już dał Emmanuel Macron. Wówczas rzeczywiście powstanie pytanie: czy Polska chce być dalej w Unii?