"Rada Galaktyki" ws. uchodźców

Wtorek, 15 września 2015 (13:15)

Nawet jeżeli zwołacie "radę galaktyki", to się nie zgodzimy - wołał histerycznie szef słowackiego MSW Robert Kaliniak, sprzeciwiając się podziałowi 120 tys. uchodźców. Polska poparła Słowację i Czechy, które wcześniej domagały się zapisu o dobrowolności podziału. Co nam daje taka lojalność wobec Grupy Wyszehradzkiej? Odpowiedź jest prosta. Nic.

Wkrótce polski rząd i tak zmieni stanowisko. Stanie się to na kolejnym szczycie ws. uchodźców zaplanowanym na 8 października, kiedy polscy politycy staną przed możliwością przegłosowania przez inne kraje Unii Europejskiej. Co ugraliśmy? Nic. Najważniejsze do ugrania jest przed nami.

Chodzi oczywiście o stały mechanizm podziału uchodźców, który będzie decydować o przyszłości Unii. TU PISAŁAM O SPRAWIE. Rząd jednak perspektywicznie nie myśli, a najchętniej decyzje w tej kwestii na zasadzie kukułczego jaja - chce podrzucić kolejnej ekipie. Mamy więc teraz problem: co dalej.

Nikt w Unii nie zrozumiał stanowiska polskiego rządu polegającego na tym, że zgadzamy się na podział 120 tys. uchodźców, ale nie zgadzamy się na sposób tego podziału. Oznacza to, że nie chcemy, żeby był automatyczny. Nasz sprzeciw został więc uznany za brak solidarności w tak trudnym momencie i jest bardzo źle postrzegany. A mamy przecież bardziej subtelne stanowisko niż Słowacja, której minister kompromitował się na spotkaniu nieracjonalnymi argumentami. Inne jest przecież nasze stanowisko niż Budapesztu. Konsekwencje decyzji Grupy Wyszehradzkiej poniesie przede wszystkim Polska.

Stanowisko rządu jest wyraźnie podyktowane interesem partyjnym i kalkulacjami wyborczymi. Początkowo na unijnym szczycie w Brukseli stanowisko Polski było ugodowe. Nagły zwrot akcji dokonał się po kalkulacjach politycznych, gdy okazało się, że Słowacja i Czechy mówią "nie, bo nie" w sprawie podziału uchodźców. Nie ma to większego sensu, bo 8 października reszta UE może po prostu przegłosować Grupę Wyszehradzką, która jest w mniejszości. Dać się przegłosować w Unii, w praktyce oznacza skazać się na margines.

Jeżeli podążymy tą drogą, to słono za to zapłacimy, kiedy będziemy chcieli coś uzyskać np. podczas rewizji unijnego budżetu, czy w sprawach energii i klimatu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Katarzyna Szymańska-Borginon - komentarze

Katarzyna Szymańska-Borginon