Koniec "miodowego miesiąca" między Polską a KE

Wtorek, 14 stycznia 2020 (19:28)

Polskie władze straciły szanse na nowe otwarcie z nową Komisją Europejską. Dzisiejsza decyzja KE oznacza koniec "miodowego miesiąca" między rządem PiS a nową KE Ursuli von der Leyen, wdzięcznej do niedawna za poparcie jej przez eurodeputowanych PiS.

Przez pewien okres wydawało się, że nastąpi "odwilż" czy "nowe otwarcie". W KE słychać było, że niemieccy chadecy (której członkinią jest von der Leyen) dają "nowy kredyt zaufania" polskiemu rządowi. Także Ursula von der Leyen chciała spróbować. Również komisarz ds. praworządności Vera Jourova nie chciała być "Timmermansem 2" i wysyłała sygnały o gotowości do dialogu i rozmów.

Szansa była tym większa, że poza zmianami personalnymi w KE (np. wyeliminowaniem z pierwszej linii Timmermansa), wszystkie kontrowersyjne sprawy znajdowały się już w TSUE i Komisja mogła otworzyć nowy rozdział w relacjach z Polską. Zamiast Komisji "czarną robotę" wykonałby unijny trybunał.

W dodatku orzeczenia TSUE w sprawie systemu dyscyplinującego sędziów, które miałoby wpływ na reformę sądownictwa PiS, należało się spodziewać dopiero za ... 20 miesięcy. TSUE nie przychylił się przecież do wniosku KE o zastosowanie trybu pilnego.  Tak więc prawie przez dwa lata mógł trwać "miesiąc miodowy". Polskie władze tej szansy nie wykorzystały.

Jak usłyszałam w KE, Warszawa przekroczyła "czerwoną linię", którą było procedowanie nowej ustawy dyscyplinującej sędziów, niezastosowanie się do orzeczenia TSUE w sprawie KRS z 19 listopada i brak odpowiedzi na listy komisarz ds. praworządności Very Jourovej. Zamiast łagodzić sytuację, polskie władzy dążyły do eskalacji - powiedział mi rozmówca w KE.

Jak pisałam, w ocenie KE polskie władze zaczęły lekceważyć Brukselę - nie tylko nie odpowiedziały na listy najważniejszych osób w państwie, ale nie kwapiły się do spotkania z Jourovą. To tak jakby ktoś dostarczał kolejnych argumentów dla tych, którzy stracili już cierpliwość do polskich władz  - powiedział mój rozmówca.

Oczywiście KE znajduje się pod presją Parlamentu Europejskiego, który zaostrzył stanowisko w kwestii praworządności. W przygotowanej do głosowania we czwartek rezolucji europarlament krytykuje ostro KE i Radę UE za opieszałość i brak skuteczności w tej kwestii. Teraz po decyzji w sprawie zamrożenia Izby Dyscyplinarnej unijni komisarze mają argument, że jednak działają. To tylko pokazuje, że Warszawa nie powinna lekceważyć także PE, bo słaba KE musi się z nim liczyć.


Artykuł pochodzi z kategorii: Katarzyna Szymańska-Borginon - komentarze

Katarzyna Szymańska-Borginon