Niemcy, z którymi wieczorem zmierzymy się we Frankfurcie w meczu eliminacji mistrzostw Europy, przez lata byli zmorą polskich piłkarzy. Ale ten trend ostatnio jakby się odwracał. I nie chodzi mi tu tylko o ubiegłoroczne zwycięstwo na Stadionie Narodowym.

REKLAMA

Każdy, nawet średnio zorientowany kibic, zna historię starć tych reprezentacji. Najsłynniejsze jest chyba to z 1974 roku, nomen omen z Frankfurtu. Wtedy to nasi przegrali słynny "mecz na wodzie" 0:1 i w finale piłkarskich mistrzostw świata zagrała drużyna RFN. W świeższej historii Niemcy byli też przeszkodami nie do pokonania na mistrzostwach świata w 2006 i mistrzostwach Europy w 2008.

Ale porażka z Wiednia jest ostatnią, jakiej doznali z nimi polscy piłkarze. Brzmi to trochę nieprawdopodobnie, ale od trzech meczów (rozegranych na przestrzeni czterech lat) to Niemcy nie mogą znaleźć sposobu na biało-czerwonych.

Najpierw we wrześniu 2011 roku zremisowaliśmy w Gdańsku 2:2. Pamiętacie, Polacy w doliczonym czasie gry wyszli na prowadzenie po rzucie karnym Jakuba Błaszczykowskiego, ale chwilę później poślizgnął się Jakub Wawrzyniak i uciekła szansa na historyczny sukces. Remisem zakończyło się też spotkanie z maja ubiegłego roku. Szykujący się do mundialu Niemcy wystąpili w eksperymentalnym zestawieniu, ale i u nas zabrakło liderów w postaci Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego. Efekt? Gole nie padły.

No i w końcu październik ubiegłego roku. Konkretnie 11 października. Stadion Narodowy. Polacy po trafieniach Arkadiusza Milika i Sebastiana Mili wygrywają 2:0 ze świeżo upieczonymi mistrzami świata. To wtedy na dobre narodziła się ta reprezentacja. Owszem, raz gra lepiej, a raz gorzej, ale na papierze wyniki wyglądają wyśmienicie. Polacy są liderem grupy eliminacji mistrzostw Europy, z wielkimi szanami na awans. A gdyby tak zrobić duży krok w jego stronę we Frankfurcie? Oj, to byłaby wielka sprawa!